Natalia, Adam, Emilka i Kajtek Mińscy – Nasze duże i małe podróże

Ząbkowanie na Gilis (maj-czerwiec 2015)

Ząbkowanie na Gilis, czyli piszę jak jest, a nie jak wygląda na zdjęciach 😉

Na „rajskość” miejsca składa się wg mnie kilka elementów: odległość od cywilizacji (im dalej, tym lepiej), brak samochodów, motorów i typowych sklepów, cudowna, nieskażona natura, oraz łatwość w osiągnięciu spokoju i harmonii.

Wszystkie te kryteria spełnia Gili Meno – maleńka wyspa leżąca niedaleko Lombok, wchodząca w skład archipelagu trzech wysepek, pieszczotliwie nazywanych „trojaczkami”.

Popłynęliśmy tam, żeby zwolnić, odpocząć od codziennego przemieszczania się i spania w innym miejscu. Chcieliśmy dać odpocząć naszym intensywnie pracującym zmysłom i po prostu nie robić NIC.

Hmm, brzmi wspaniale.

Już samo pisanie o tym, czego pragnęliśmy, uspakaja mnie i przenosi w przyjemny stan ukojenia. Założenia mieliśmy wzniosłe, proste i szczere, życie jednak nieco zweryfikowało nasze plany. Ale zanim opowiem, co robiliśmy na wyspie, opisze ją trochę, żeby przybliżyć jej urok.

Jaka jest Gili Meno?

Otacza ją przecudna rafa koralowa, biały piasek i woda, mieniąca się wszystkimi odcieniami turkusu i błękitu.

Mieszka na niej niewielu ludzi, a w każdym dowolnym momencie zdecydowaną większość jej mieszkańców stanowią przyjezdni, poszukujący tu spokoju i czystego piękna.

Całą wyspę można spokojnie obejść w dwie godziny, w wielu miejscach jest jeszcze „dzika”, w innych można znaleźć urocze bungalowy i klimatyczne restauracje.

Tym, co uderza tu najbardziej, jest cisza. Piękna cisza, na którą w dużej mierze składa się szum fal, z większą lub mniejszą intensywnością rozbrzmiewający przez cały czas. O świcie do melodii fal dochodzi śpiew ptaków. Cudowny chłód poranka ustępuje miejsca budzącemu się słońcu. Co rano wstaje nowy, piękny dzień, którego finałem jest zazwyczaj spektakularny zachód słońca, mieniący się wszystkimi odcieniami tropikalnej pomarańczy.
Płonące niebo powoli gaśnie, a nad wyspą rozgwieżdżą się groźne i potężne nocne niebo.

Piękno i siła natury niemal powalają na kolana. Każdego dnia powtarza się ten sam scenariusz, ale też każdego dnia tak samo mnie to zachwyca.

Czas płynie tu jakby inaczej. Odmierzają go przypływy i odpływy oceanu oraz wschody i zachody słońca. Ostre południowe słońce wszystkich rozleniwia, a atmosfera sjesty dopada zarówno plażowiczów, jak i kelnerów i kucharzy w położonych tuż przy plaży restauracyjkach i warungach. Każdy może tu poczuć słodki smak lenistwa.

Widzieliśmy na wyspie wiele zakochanych par, spacerujących brzegiem morza albo całujących się ukradkiem na leżakach w promieniach zachodzącego słońca.

Widzieliśmy ludzi po prostu rozkoszujących się kolacją po upalnym dniu, w scenerii odpływu oceanu i szumu fal.

Widzieliśmy też miłośników snorkelingu, pływających godzinami w masce z rurką i płetwach nad co piękniejszymi fragmentami tutejszych pięknych raf. Podwodny świat jest tak fascynujący i pociągający, że chyba łatwo się od niego uzależnić.

Przyjeżdżający tu wędrowcy spacerują, kapią się, leżakują i opalają, ale chyba nikt nigdy z taką intensywnością co my nie uprawiał na Gili Meno PARENTINGU 😉

Na Gili Meno bowiem, oprócz zjawiskowych widoków i leniwych fal morskich uderzających o brzeg, dopadła nas z zaskoczenia pierwsza fala ząbkowania Kajtusia. Zaczęło się od niewinnego ślinienia, a przerodziło w gorączkę i rozpaczliwy płacz. Baaardzo dużo płaczu, zwłaszcza w godzinach wieczornych i nocnych, co poświadczyć mogą wszyscy nasi sąsiedzi, śpiący parę metrów od nas w zbudowanych z bambusowej plecionki bungalowach…

Niepokój Kajtusia rzutował na Emilkę. Nasza córka ma niestety zadatki na małą hipochondryczkę więc nawet jeżeli w danym momencie nie miała akurat żadnych prawdziwych dolegliwości, to zawsze znajdowała jakiś powód do rozpaczy, na tle trudnym do określenia i odgadnięcia.

Mieliśmy więc na Gili Meno dwoje intensywnie płaczących dzieci, z czego to płaczące bez powodu płakało jakby częściej i głośniej.

Kajtusiowi aplikowaliśmy w tym trudnym okresie Nurofen, na zmianę z czopkami. Nie obyło się też bez dramatycznego telefonu w środku nocy do Poli (dzięki Ci doświadczona siostro, że jesteś!). Płacz dzieci brutalnie zagłuszał nam szum fal, i jakoś odbierał urok odpływom i przypływom. Cienkie ściany naszego bungalowa sprawiały, ze czuliśmy się źle w stosunku do naszych sąsiadów. Przyjechali tu pewnie na swoje upragnione i wyczekane wakacje, a tu tylko placz, łzy, cierpienie i nieprzespane noce. Z tego miedzy innymi powodu w czasie parodniowego pobytu na Meno zmienialiśmy miejsce do spania aż trzy razy.

Oglądanie zachodów słońca też nie należało do wydarzeń łatwych i przyjemnych.
Emilka dostawała zazwyczaj w tym czasie swoich wieczornych napadów furii i zachowywała się głęboko irracjonalnie. Ludzie patrzyli na nas trochę z ciekawością, a trochę (częściej) z przerażaniem. Zapewne zastanawiali się, co jest nie tak z rodzicami tej ślicznej, małej, osmarkanej blondyneczki, i z ich metodami wychowawczymi. Dlaczego sprawili, że stała się aż takim potworkiem??

Emilka wylewała na siebie i na wszystko wokoło to sok, to wodę, to nasze kawy albo sosy. Chciała jeść, nie chciała jeść, chciała ryżu i nie chciała ryżu, chciała z mama, a zaraz potem bez mamy, chciała buty, ale nie te, nie tamte i tamte też nie. Nie, jednak nie chciała butów.

I tak dalej, najczęściej dwie godziny przed zachodem i dobrą godzinę po nim. Można by mnożyć takie przykłady. A wieczorami, kiedy już się uspokajała, ból na nowo dopadał Kajtula i znowu robiło się wesoło.

Czasem też spacerowaliśmy. Kajtuś hibernował się wtedy na drzemkę, Adam starał się robić zdjęcia, a Emilka „umilała” nam wyjście w miarę aktualnego poziomu swoich zasobów energetycznych. Zrobiliśmy jednak dwa ponad dwugodzinne spacery i choć kosztowało nas to trochę nerwów, to jednak chociaż na tym polu mamy jakiś sukces. Sukcesem było tez pływanie z rurka i oglądanie rafy. Adamowi udało się to nawet aż trzy razy! 🙂

Tak więc nasz odpoczynek na Gili Meno był raczej męczący. Zdarzały się cudne momenty, ale ten tak zwany „międzyczas ” był chwilami ekstremalnie trudny.

A jednak teraz, kiedy zamykam oczy, przypominam sobie jeden świt, kiedy czekając aż zacznie działać Nurofen, wzięłam zapłakanego Kajtulka na ręce, mocno przytuliłam i poszłam z nim nad brzeg oceanu. Usiadłam na drewnianej kłodzie i razem obserwowaliśmy rozbryzgujące się o brzeg fale przypływu. Było jeszcze dość ciemno, a chłód poranka był świeży i kojący. Wpatrywaliśmy się w niebo i wodę aż do wschodu słońca.
Kajtuś przestał płakać, uśmiechnął się do mnie i znowu wszystko było dobrze.

Wróciliśmy do pokoju, gdzie oznajmiłam w stylu Emilki, że „Eeej, goście, dzień już jest!!!”
Wszyscy się obudzili, i naprawdę znowu był nowy dzień, w którym wszystko mogło się zdarzyć.

Może dla takich wspomnień warto czasami trochę pocierpieć? 🙂

PS. Od 1 czerwca (dzień dziecka!) Kajtulek ma swój pierwszy ząbek, który z każdym dniem rośnie.

Odpowiedź do artykułu “Ząbkowanie na Gilis (maj-czerwiec 2015)

  1. Justa

    Ach, czytałam to rozumiejąc te stany. Przy dwójce dzieci akcja non stop, ten międzyczas wypełnony po brzegi…u nas szczęśliwie jakoś te zęby ida łagodniej…A zachowanie Emilki, cóż, jakbym czasem czytała o Hani sprzed roku. Te targające małym ciałkiem emocje!…ale mimo trudów, pieknie jest 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.