Natalia, Adam, Emilka i Kajtek Mińscy – Nasze duże i małe podróże

W krainie Himba (sierpień 2014)

Wizyta w wiosce Himba to zawsze bardzo ciekawe doświadczenie. Najpierw jest rozmowa z kimś spotkanym po drodze, czy to w Opuwo przed sklepem, czy na campingu przy wodospadach Epupa. Tym kimś może być na przykład biednie ubrany kilkunastoletni chłopak, elegancki mężczyzna w marynarce i okularach w drucianej oprawie albo dorodna sześćdziesięciolatka w kwiecistej suknie i niebieskim turbanie. Każde z nich mówi płynnie po angielsku i każde zachęca do odwiedzenia swojej wioski. Padają różne propozycje. W Opuwo jakiś grubas oferuje nam super discount – 750 N$ „za wszystko”. Cena z kosmosu, to około 250 zł. Kiedy mówimy, że najpierw jedziemy do Epupa, macha na nas ręką i idzie szukać kolejnych chętnych. Na pewno w końcu kogoś znajdzie, bo na najczęściej tu przyjeżdżających Niemcach czy Holendrach taka kwota nie zrobi większego wrażenia.

I może tak jest właściwie? Gdyby tylko mieć pewność, że chociaż połowa zapłaconej kwoty trafi do lokalnej społeczności. W przypadku grubasa mamy poważne wątpliwości – to raczej on zgarnia większość wygórowanej zapłaty. Są jednak wioski, które zorganizowały się w taki sposób – zarówno u Himba, jak i u Buszmenów czy ludzi z plemienia San. Za wizytę otrzymuje się paragon, a całość jest dokładnie wyreżyserowanym widowiskiem, które daje szansę widzom na „pełne zapoznanie się ze zwyczajami i kulturą” danej grupy etnicznej.

Nam jednak chodzi o coś bardziej prawdziwego. Po kilkugodzinnej jeździe z Opuwo do Epupa rozbijamy nasz namiot na campingu i idziemy zawierać znajomości. Nie jest to trudne – jak w poprzednim wpisie opowiadała Natalia, Emilka szybko dogaduje się z lokalnymi dziećmi i młodzieżą, a my chętnie korzystamy z wypracowanych przez nią kontaktów. Wizytę w swojej wiosce proponuje nam Daniel – czternaście lat, sympatyczny, nienachalny. Cena: 20 N$ od osoby + zwyczajowe prezenty dla wioski. Jest ok, umawiamy się na jutro rano. Resztę dnia spędzamy z Emilką przy naturalnych basenach w pobliżu wodospadów.

No i teraz sama wizyta. Dla mnie to już trzeci raz, więc mam porównanie, chociaż w moim przypadku za każdym razem wyglądało to podobnie.

Wsiadamy z naszym przewodnikiem do samochodu i jedziemy do jego wioski. Czy naprawdę jest jego? Nigdy nie ma pewności – możliwe, że kilka społeczności płaci mu za jego znajomość angielskiego i organizowanie odwiedzin turystów. Daniel na przykład urodził się w samym Opuwo, a na pytanie gdzie mieszka jego rodzina, robi szeroki gest rękoma i odpowiada po prostu „tutaj”.

Dojeżdżamy. Wyciągamy z samochodu kupione wcześniej prezenty – w skromnie zaopatrzonym sklepie przy wodospadach wydaliśmy na nie 120 N$, czyli około 40 zł. Chcieliśmy kupić więcej, ale w pewnym momencie Daniel powiedział „wystarczy”. Worek mąki, ryż, cukier, trzy zupy w proszku. Tylko tyle potrzeba naszym gospodarzom do szczęścia.

Dary składa się starszemu wioski – to zazwyczaj osoba ubrana najbardziej po europejsku, z obowiązkowym kijem w ręku. Przyjmuje prezenty i z porozumiewawczym uśmiechem usuwa się na bok. Tak, żeby nie wchodzić w kadry, na których przecież żaden t-shirt z wizerunkiem Ronaldo nie powinien się znaleźć. Ma być dziko i tradycyjnie.

Sam łapię się czasami na takim kadrowaniu rzeczywistości, ale wiem, że to nie do końca uczciwe. Nie można udawać, że Himba są całkiem poza wpływami naszej zachodniej cywilizacji. Nie są. To nie Amazonia, Coca Cola od dawna już tu jest. Himba nie uciekają na widok białych ludzi ani samochodów. Nierzadko mają konta w banku i karty do bankomatów. Robią zakupy w supermarketach i wpisują na czytnikach swój PIN. Niektórzy czytają gazety, część ma telefony komórkowe. Zwłaszcza mężczyzn trudno czasem odróżnić od mieszkańców na przykład Windhoek, czy – w sumie czemu nie – Londynu. I taka jest prawda.

Ale przy tym wszystkim: kobiety ubierają się i ozdabiają swoje ciała w naprawdę niezwykły sposób, który nam, Europejczykom jawi się jako kwintesencja egzotyki – te dredy, obręcze, fragmenty futer zwierząt, kolor i zapach skóry, odkryte piersi. Mieszkają w tych wioskach, w tych szałasach zbudowanych z żerdzi i gliny. Żyją w zupełnie innym systemie wartości, odległości, przestrzeni, czasu.

Zastanawiamy się z Natalią, co te kobiety robią całymi dniami. I od razu sobie odpowiadamy – prawdopodobnie to samo, co przez cały czas trwania naszej wizyty. Siedzą. Karmią swoje dzieci. Odganiają psy. Chowają się w cieniu przed południowym słońcem. Plotą ze sznurków i innych materiałów ozdoby dla siebie i na sprzedaż dla turystów. Rozmawiają, śmieją są, grzebią zmarłych. I tak mija im życie – w rytmie i tempie, którego nie jesteśmy w stanie zrozumieć, choćbyśmy odwiedzili tę i podobne wioski dziesiątki i setki razy.

Podobnie jak oni chyba nie do końca rozumieją nas – snujemy się między ich domami, wkładamy im w twarze wielkie obiektywy aparatów, uśmiechamy się trochę zmieszani i rozkładamy bezradnie ręce na ich nieliczne próby nawiązania rozmowy. Sorry, I don’t understand, tak jakby zwykłe „nie rozumiem” było tu jeszcze bardziej nie na miejscu.

I to wzajemne niezrozumienie jest chyba najbardziej odczuwalnym aspektem całej wizyty. Ale też przecież po to się podróżuje, wyjeżdża z domu, gdzie wszyscy myślą, zachowują się i wyglądają mniej więcej podobnie. Żeby zobaczyć, że można inaczej. Że być może 30-letni kredyt na mieszkanie i kariera w korporacji wcale nie są jedynym sposobem na spędzenie życia. I być może nie są nawet sposobem najlepszym, chociaż nam akurat sposób życia Himba też nie wydaje się najlepszą opcją.

Po ponad dwóch godzinach spędzonych w wiosce na końcu świata jedziemy dalej szukać swojej drogi.

Poniżej trochę zdjęć z tej wizyty, więcej wrzucimy jak będzie lepszy net.

IMGP7174aIMGP7180 IMGP7181 IMGP7182 IMGP7192 IMGP7197 IMGP7203 IMGP7215 IMGP7221 IMGP7225 IMGP7239a IMGP7240 IMGP7243IMGP7339 IMGP7272 IMGP7275 IMGP7281 IMGP7323 IMGP7325 IMGP7327 IMGP7335418 419

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.