Natalia, Adam, Emilka i Kajtek Mińscy – Nasze duże i małe podróże

Śniadanie w warungu (maj 2015)

Poranek w miejscowości Kuta na wyspie Lombok. Klasyczna pobudka przed kogutami. Tym razem najpierw otwiera oczy Kajtuś i to on budzi Emilkę, która oznajmia nam głośno i radośnie, że „dzień już jest!”. Patrzę za okno – ciemno i głucho. Każę im iść spać, ale oczywiście w ogóle mnie nie słuchają 🙂

Zaczyna się poranna litania naszej córki: „Kupa, siku, śniadanko, bajeczki, mamo on mnie ciągnie za włosy, zadawaj mi zagadkę, no proszę, proszę, tatusiu tu jest twój zegarek, no dzień już przecież jest do licha, obudźcie się, EEEEEEJ!” Skuteczność Emilki w budzeniu w połączeniu z moim matczynym obowiązkiem zmiany po nocy pieluchy Kajtusiowi, jak zwykle wygrywają z poranną sennością. Wstajemy wszyscy, bo dzień za chwilę naprawdę się zacznie. Jest krótko po 6 rano i koguty wreszcie dają glos. Niestety do hotelowego, zazwyczaj bardzo biednego śniadania, zostały jeszcze dwie godziny. Idziemy wiec na pierwsze, lokalne śniadanko do warunga naprzeciwko.

W nocy lało, intensywnie i długo, jest więc parno i gęsto. Powietrze oblepia nas dokładnie. Przez drogę przechodzi stado obłoconych bawołów. Mijamy jeszcze wielką kałużę i oto jesteśmy w warungu Jawa 1:-). Pisze o nim nawet Lonely Planet.

Warungi lubimy bardzo. Jest w nich tanie, pyszne jedzenie i niezapomniany klimat.
Dziś klimat potęguje dodatkowo poranna gęstość powietrza, widok zaspanych, wczorajszych twarzy rodziny prowadzącej warung, i niemal namacalny czas, który płynie sobie gdzieś pomiędzy wolnymi ruchami obsługi, plączącymi się pod nogami małymi kotkami, starą suką leżącą w kącie, i warkotem motorów, przejeżdżających tuż obok po obłoconej drodze.
Zamawiamy omlet, naleśnika z bananem, dwie kawy i dwa shake’ki kokosowe, które są tu naprawdę przepyszne – lepsze niż gdziekolwiek wcześniej!

Stanowisko do robienia koktajli jest tuż przy naszym stole. Właściciel bierze ogromny orzech kokosa ze sterty leżącej tuż przy wejściu, i rozłupuje go wielkim tasakiem. Wyłuskuje miąższ, myje blender po wczoraj i gdzieś sobie idzie. Nie ma go długo. Po 15 minutach ktoś na skuterze przywozi lód w woreczku i, jak się okazuje, sekretny składnik naszych ukochanych shake’ów. Byłam przekonana, że to naturalne, słodkie mleko kokosowe czyni je tak bombastycznymi w smaku. Niestety, tym tajnym składnikiem jest zwyczajne skondensowane mleko! Cholerka, wolałabym dalej żyć w niewiedzy…

Pijemy po pół litra pysznego, gęstego, kokosowego nektaru. Jesteśmy w niebie. I to wszystko za około 2,8 zł od kufla! Na szczęście Emilka nie jest fanem kokosów i możemy spokojnie pić naszą ambrozję. Zazwyczaj wszystko inne wyjada nam i wypija, bo jakoś dziwnie nasze jedzenie jest dla niej zawsze bardziej atrakcyjne od tego, które ma na swoim talerzu.

Po chwili dostajemy darmową dolewkę, bo naszemu gospodarzowi przez przypadek wyszło za dużo :-).

Mija kolejne pół godziny, a naszego jedzenia nadal nie ma. Czekamy sobie, obserwując toczące się wokół normalne, poranne życie mieszkańców Kuty. W końcu ktoś z obsługi przyjeżdża na motorku z zakupami – jajkami, warzywami, owocami. Nooo, teraz jest z czego przygotować nasze śniadanie :-). Po kolejnych 15 minutach dostajemy w końcu jedzenie: omlet wielkości głowy Emilki, gruby chyba na 3 cm, i niebiański naleśnik!

Popijamy resztką kawy, która w Indonezji jest po prostu wyśmienita. Piję ją bez mleka, żeby w pełni rozkoszować się jej aromatem i smakiem.

Wychodzimy szczęśliwi. Jeszcze krótka rozmowa z panią, która sprzedaje sarongi, jeden krótki zachwyt Emilki nad jakimś brzydkim psem, i za chwilę jedziemy dalej.

Wracamy jeszcze tylko na chwilę do naszego hoteliku, na nasze opłacone z góry hotelowe śniadanie. Suchy tost z dżemem i sok z ananasa bardzo cieszą Emilkę, która czasem lubi zjeść dwa albo trzy śniadanka dziennie.

Fajnie tu jest, naprawdę bardzo fajnie 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.