Natalia, Adam, Emilka i Kajtek Mińscy – Nasze duże i małe podróże

Wybrzeże Szkieletów (sierpień 2014)

SKELETON COAST, CZYLI JAK ŁATWO ZOSTAĆ SZKIELETEM NA WYBRZEŻU SZKIELETÓW

Droga wzdłuż oceanu na północ od Swakop nie należy do zbyt często używanych przez lokalsów. Jest za to niewątpliwie dużą atrakcją turystyczną. Głodni wrażeń i widoków turyści podążają pasmem kilkuset kilometrowej niegościnnej ziemi, na której nie ma nic, ale tak naprawdę NIC. No może z wyjątkiem wraków statków, które nieszczęśliwie zbliżyły się kiedyś do tego wybrzeża. My akurat wraków nie widzieliśmy, ale podobno tu są. Może w dalszej części parku, do której trzeba wykupić specjalne pozwolenie. Przejechaliśmy ponad 400 km wzdłuż wybrzeża i widzieliśmy jedynie przewróconą i pordzewiałą rozlewnię oleju. Możliwe też, że nie rozglądaliśmy się wystarczająco pilnie, ale z żądnym ciągłej rozrywki i zabawiania Córkiem taka obserwacja wcale nie jest łatwa.

IMGP5712IMGP5893 IMGP5896 IMGP5900 IMGP5910IMGP5912 IMGP5920IMGP5942 IMGP5964 IMGP5966IMGP5972Gdy po obu stronach drogi nie ma na czym zawiesić oka, czas i przestrzeń jakby się wydłużają. Każdy kilometr ciągnie się jak dziesięć. Raz po raz jechaliśmy wzdłuż oceanu, ale przez zdecydowaną większość tego etapu nie było go widać. Raz po raz mijał nas jakich samochód, raz po raz zmieniała się pogoda – od mrocznego, zachmurzonego nieba po bezlitosne afrykańskie słońce.

Adamowi te bezludne klimaty działały na wyobraźnię – robił dużo zdjęć księżycowym krajobrazom i chciał jechać dalej i dalej. Ja czułam się trochę jak na morzu czy pustyni – wokół bezkresna przestrzeń budząca lęk.

Jedną z atrakcji tej części naszego wyjazdu była zatoka fok w pobliżu przylądka Cape Cross, gdzie te „urocze” zwierzątka mają swoją kolonię. Przybywają tu, a następnie przebywają w niezliczonych ilościach. Tysiące znajdują się w wodzie, kolejne tysiące wylegują na skałach i piasku. Są olbrzymie, głośne i niesamowicie śmierdzą. Może to moja ciąża i wrażliwość na zapachy, ale po tej wizycie dopadły mnie potworne mdłości. Smród fok wdarł się we wszystko – w ubrania, we włosy, w skórę. Dla mnie ta wizyta była traumą, ale dla Emilki i Adama oczywiście stanowiła ogromną atrakcję. Dowiedzieliśmy się przy okazji, że foki potrafią meczeć jak kozy – robiły „meeee” i „MEEEEEEE!” na różnych częstotliwościach i wysokościach. To kolejna ciekawostka przywieziona z podróży, bo foki które widziałam na Helu i w innych miejscach nie wydawały takich dźwięków. A na Cape Cross foki po prostu porozumiewały się ze sobą. Na nieznaną ludziom komendę całe stada wskakiwały do wody, a inne obok wyskakiwały z niej. Było to niezwykle zjawiskowe. IMGP5713IMGP5890IMGP5754 IMGP5755 IMGP5757 IMGP5827 IMGP5828IMGP5830 IMGP5833 IMGP5835 IMGP5850 IMGP5875 IMGP5878Po fokach nie było już innych atrakcji niż sama w sobie droga. Dojechaliśmy do samiutkiego końca ogólnodostępnego odcinka wybrzeża, który zwieńcza miejscowość Terrace Bay – jeden z wielu autentycznych końców świata, jakie widzieliśmy w czasie naszych dotychczasowych wyjazdów. Na szczęście była tu stacja, gdzie napoiliśmy naszą Toyotę i ruszyliśmy na najbliższy camp. Powoli robiło się późno.

IMGP5983 IMGP5984 IMGP5985I w tym właśnie miejscu trzeba opowiedzieć, jak prawie staliśmy się szkieletami na Wybrzeżu Szkieletów. Od początku tego wyjazdu złapaliśmy już trzy pany. I wszystko byłoby OK, gdyby nie fakt że nasze auto ma wyjątkowy rozmiar opon, który bardzo trudne kupić. Bo pany, które łapie się na szutrze to nie małe dziurki do załatania, ale autentyczne eksplozje, które rozrywają oponę niemal na kawałki. W Swakopmund udało nam się kupić tylko jedną używaną oponę, a nowe były tak drogie, że machnęliśmy na nie ręką. Ruszyliśmy w interior z tylko jedną zapasową oponą (wcześniej mieliśmy dwie), co bardzo szybko okazało się błędem. W pięknych okolicznościach niskiego światła i niemal zachodzącego słońca złapaliśmy kolejną gumę. Adam szybko zmienił koło, ale nagle przestaliśmy czuć się tak fajnie. Od cywilizacji dzieliło nas kilkaset kilometrów szutrów, na których naprawdę łatwo o kolejną dziurę. Słońce w końcu zaszło i zrobiło się nam trochę strasznie. Miałam stres, bo scenariusze związane z kolejną paną mnożyły się w mojej głowie i żaden nie był optymistyczny. Niemal w całkowitej ciemności dojechaliśmy do bram parku, gdzie znajduje się prymitywny campsite. Rozbiliśmy się tam, a następnego miasta ruszyliśmy w kierunku najbliższego miasta. Adam jechał bardzo ostrożnie i uważnie, droga się nam dłużyła i nie mogliśmy skupić się na ty, co było widać za oknem. W pierwszych mijanych przez nas miejscowościach opony w naszym rozmiarze oczywiście nie były dostępne, ale mimo wszystko trochę odetchnęliśmy z ulgą, kiedy w miejscowości Khorixas zaczęły mijać nas inne samochody, a trudny szuter zamienił się w asfalt. Po sześciu godzinach dotarliśmy w końcu do Outjo, gdzie nie patrzyliśmy już na cenę nowych opon, tylko po prostu kupiliśmy dwie. Uff, poczuliśmy się lepiej, stres minął. Od tamtej pory aż dotąd, odpukać, nie mieliśmy już żadnych problemów z oponami.

Po drodze z Wybrzeża Szkieletów do Outjo widzieliśmy też naszą pierwszą żyrafę – taką prawdziwą, piękną, szczęśliwą, wolnożyjącą żyrafę, skubiącą sobie listy z przydrożnych drzew. Niesamowity widok.

IMGP6002IMGP6005Zaliczyliśmy jeszcze skamieniały las i Welwitchię Mirabilis – niezwykłą dwupłciową roślinę, której rosnący w Namibii i Angoli przedstawiciele należą do najstarszych żyjących organizmów na Ziemi.

IMGP6010 IMGP6014A potem była lodge w Outjo i dwudniowy odpoczynek po minionych dwóch tygodniach w namiocie i przed wizytą w Etosha National Park.

IMGP6023 IMGP6024 IMGP6029IMGP6034 IMGP6041IMGP6037

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.