Natalia, Adam, Emilka i Kajtek Mińscy – Nasze duże i małe podróże

Lombok – trochę inna Indonezja (maj 2015)

Mając w pamięci nasze promowe przeżycia między Bali a Lombok sprzed pięciu lat (ponad 4 godziny czekania na mieliźnie), tym razem decydujemy się na samolot (około 60 PLN za osobę, 35 minut lotu z Denpasar do Praya Lombok International Airport). I chyba dobrze robimy, bo mniej więcej wtedy, kiedy się przemieszczaliśmy, któryś z kursujących między tymi wyspami promów miał ponoć jakąś awarię, o czym poinformowała nas lekko spanikowana rodzina.

W każdym razie różnicę Bali / Lombok czujemy już na lotnisku, zaraz po wylądowaniu. Jest skromniej, surowiej, bardziej swojsko. Witamy w innej Indonezji!

Najpierw odbieramy auto, które jest trochę jak to lotnisko – niby prawie nowe, a jakieś takie zdezelowane, porysowane i trochę wrakowate ;-). Ale, jak się potem okaże, w terenie daje sobie super radę.

Prosto z lotniska jedziemy odczarować jeden z naszych wyjazdowych koszmarów – stolicę wyspy, Mataram.

Byliśmy tu już kiedyś z Adamem, ponad pięć lat temu, podczas naszej kilkumiesięcznej lądowej podróży z Polski do Australii, w dość nieciekawych okolicznościach finansowych. Utknęliśmy w tym mieście na długi tydzień, który był pełen frustracji i stresu, co dalej.
Z opresji wyszliśmy cało dzięki pomocy przyjaciół, ale miejsce zapamiętaliśmy jako mało urokliwe i parę razy zdarzyło mi się budzić z krzykiem z koszmaru, że wciąż tam jesteśmy.

Za sprawą naszej córki udało się jednak zmazać wszystkie złe wspomnienia, bo Emilka wręcz pokochała to miasto. Dlaczego?

Otóż znajduje się tu centrum handlowe (Mataram Mall), w którym ilość pojazdów i atrakcji dla dzieci jest największa, jaką do tej pory widziałam. Nie są to wcale atrakcje z górnej półki, oj nie! To po prostu tani, chiński kicz, który jednak działa na dzieci jak Nurofen Forte.

Przykładem tego, co dziecko może tu przeżyć, jest przejażdżka na jednym z zwierząt – chyba-śwince, chyba-pandzie albo chyba-słoniu. Atrakcja kosztuje około 2 zł i trwa około 5 minut. Siada się na gigant-zwierzaku, pani przekręca kluczyk wmontowany w szyję, i stwór zaczyna kroczyć. Kroczy głośno i długo po całym parterze centrum handlowego. Znudzona pani asystuje tej ekscytującej wyprawie, a dziecko (np. Emilka) fruwa ze szczęścia i krzyczy „jeszcze, jeszcze!!!”.

Zwierzaki są brudne, częściowo rozklekotane, odchodzi od nich plusz i czasem trudno zgadnąć jakie docelowe stworzenie miał na myśli artysta. Dzieciom się jednak podoba, bo co chwilę mijały nas kroczące potwory z uradowanymi małymi mordkami.

Na tym samym piętrze była jeszcze kolejka oraz rzędy rozmaitych pojazdów, od Hello Kity po wypasioną plastikową terenówkę. Emilka WSZĘDZIE musiała wejść i WSZYSTKIEGO dotknąć. Jej ekscytacja sięgnęła zenitu gdy okazało się, że w lokalnym KFC są rewelacyjne zjeżdżalnie 🙂

To był trudny poranek dla nas, ale poświęciliśmy się w imię miłości do córki.
Spojrzeliśmy na Mataram jej oczami i rzeczywiście, tyle tu atrakcji, fast foodow, sklepow z zabawkami, i placów zabaw! To miasto jest fajne! Dla dzieci w przedziale 1-5 lat 😉

Mataram najwyraźniej zapadł Emilce głęboko w serce, bo kiedy bawi się paluszkami (hit ostatnich tygodni), albo Kasią i Braciszkiem (ludziki z klocków), nazwa stolicy Lombok pojawia się w jej monologach w trakcie tych zabaw co chwilę.
Kiedy pytam Adama, dokąd pojedziemy kolejnego dnia, Emilka zawsze nieśmiało wtrąca: „A może do Mataramu??”

***

Kuta na Lombok.

To fantastyczne miejsce, prawdziwe, nienaciągane, nieoszukane. Takich miejsc chcielibyśmy mieć na swojej drodze jak najwięcej. Spędziliśmy tam 3 fajne dni, poczuliśmy prawdziwą egzotykę, obserwując kozy na plaży jedzące wszystko, co tam leżało i dzieciaki wariujące godzinami w wodzie aż do pięknych zachodów słońca. Do tego wszystkiego urzekło nas pyszne i do bólu tanie jedzenie warungach (pisałam już o tym wcześniej). Ceny wreszcie zrobiły się znośne, a wszystko zaczęło wyglądać mniej turystycznie, a bardziej lokalnie i prawdziwie.

Dla Adama plaże w Kucie i w okolicy to, do tej pory, numer jeden wyjazdu.
Uroda tego miejsca naprawdę powala na kolana. Biały, miękki piasek, turkus oceanu, morska bryza, świeże powietrze, a przede wszystkim fajni ludzie, To wszystko razem tworzy niesamowity klimat. W tym miejscu chce się być długo, bo tyle się tu dzieje, każdy zagaduje, uśmiecha się, chce porozmawiać. Co chwilę ktoś podchodzi, próbuje sprzedać sarong czy bransoletkę, ale robi to nienachalnie, z wdziękiem i kulturą. Cudownie!

Plaże są tu naprawdę wyjątkowe, o czym świadczy również ich popularność wśród lokalnych turystow. Codziennie przez miasto mknie kilka autobusów szczelnie wypełnionych turystami z Dżakarty. Dorośli leniuchują i piknikują w cieniu palm, a dzieciaki bawią się w wodzie. Panuje atmosfera radości i zabawy. Nasze pojawienie się na plaży wzbudziło powszechny entuzjazm. Kajtuś znosił pozowanie do niezliczonej ilości zdjęć bardzo dzielnie, ale Emilka broniła się jak mogla, bo ten zdjęciowy atak absolutnie się jej nie podobał..

W Kucie można spotkać również sporo białych turystów. Są to głownie surferzy i ich dziewczyny – jest ich tu naprawdę duzo. Maja wygląd typowych surferów: rozwiane blond wlosy, wyrzeźbione ciała, obowiązkowe japonki i deskę surfingowa przymocowana do skutera. Tyle że ani razu nie widzieliśmy surferow na wodzie! Może to taka moda i teraz „bycie surferem” znaczy zupełnie coś innego niż kiedyś ;-).

Na Lombok jeździ się tez dla trzech malutkich wysepek Gilis, położonych na północy, ale o nich będzie w następnym odcinku naszej podróży.

Odpowiedź do artykułu “Lombok – trochę inna Indonezja (maj 2015)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.