Natalia, Adam, Emilka i Kajtek Mińscy – Nasze duże i małe podróże

Dwie wieże, dwa bieguny (maj 2015)

Aklimatyzacja w Kuala Lumpur

Tym razem postanowiliśmy dać sobie więcej czasu na dojście do siebie po długiej podróży. Na pobyt w Kuala Lumpur przeznaczyliśmy aż 5 dni. Ale i tak przeczuwaliśmy, że nie będzie to łatwe. No i nie było.

Na zdjęciach tego nie widać, bo jak dzieje się źle, to zdjęć się po prostu nie robi.

Zmęczenie po ponad 30 godzinach w drodze, zmiana czasu, jetlag, zderzenie z wysokimi temperaturami, a przede wszystkim emocjonalne rozchwianie Emilki sprawiły, że pierwsze trzy dni na wymarzonym wyjeździe przypominały trochę „koszmar z krainy koszmarów” (taki zwrot, który ostatnio często pojawia się w naszych rozmowach z córką – wszystko jest z krainy czegoś). Szybko okazało się, że nawet te najmniej ambitne scenariusze zwiedzania (a mieliśmy przygotowanych kilka) są zdecydowanie zbyt optymistyczne.

I że, mimo naszych wcześniejszych doświadczeń, podróżowania z dziećmi musimy uczyć się praktycznie od nowa.

IMGP0341Córka doświadczała nas okrutnie na każdym kroku, co było dla nas lekkim szokiem, bo wszystkie wcześniejsze wyjazdy znosiła rewelacyjnie. Zawsze mówiliśmy o niej z dumą, że dzięki podróżom niczego się nie boi, uwielbia zmiany i nowości, jest ufna wobec obcych, a w ogóle to najlepiej czuje się w ruchu.

Taa… Jakby to powiedzieć? NIEAKTUALNE 🙂

– Buuu, boję się samochodóóóów!….

– Boję się kwiatkaaaaa!…….

– Ha ha, ugryzłam Kajtusia! (prawie odgryzła mu palec)

– Chcę! (na przykład otwarty scyzoryk, którym obieramy jabłko)

– Nie chcę!!! (na przykład jakiekolwiek jedzenie albo picie)

– NIEEE! (kiedy ktoś się do niej uśmiecha albo po prostu mówi „Hello, you are so cute!”)

– Tam! (byliśmy tam przed chwilą)

– Nie tutaj, taaaam! (mimo, że jesteśmy tam, gdzie chciała być sekundę temu)

– Uciekam, gońcie mnie! (kierunek – zapchana pędzącymi samochodami czteropasmówka)

– ŁAAAAAAAAAAAAAAA!!!!!!!! (co 5 minut)

I tak dalej, aż do bólu.

Nasz mały elastyczny aniołek zmienił się nagle w złośliwego gada z krainy złośliwych gadów: złośliwość, ataki furii i histerii, tak zwany wyginizm, czyli wyginanie się w taki sposób, żeby jakakolwiek próba utrzymania jej na rękach stała się niemożliwa, wycie na najwyższych możliwych rejestrach w najmniej odpowiednich momentach, przemoc, agresja, frustracja i wszystko co najgorsze prosto ze słownika patologii rodzinnych.

A w przerwach w byciu gadem stawał się biedaczkiem z krainy biedaczków…

Dramatycznie zwątpiliśmy w siebie i w nasze metody wychowawcze, w dobroczynne działanie podróży na dzieci, zwątpiliśmy w sens tego wyjazdu i (prawie) w sens naszego małżeństwa.

Trwało to ponad półtorej doby, podczas której próbowaliśmy:

– wjechać na „Sky Bridge” między Petronas Twin Tower (nie udało się),

– zwiedzić motylarnię i ptaszarnię (udało się w wielkich bólach i z ciężkimi stratami psychicznymi),

– zaliczyć jeszcze parę tutejszych atrakcji, w większości bez sukcesu.

Po czym odpuściliśmy.

Postanowiliśmy być praktyczni i realistyczni, co w praktyce oznaczało nawet nie jakiś pozostawiający nam resztki godności kompromis, ale kompletną i sromotną kapitulację.

Czyli:

  • ¾ każdego kolejnego dnia w klimatyzowanych centrach handlowych. W Kuala Lumpur są ich dziesiątki – ogromne, nowoczesne, z ciekawymi rozwiązaniami technicznymi.
    Emilka szalała więc na ruchomych schodach, w windach i pojazdach na monety
    (na szczęście bez opłat, bo jak dotąd udało się nam uchronić ją przed świadomością, że istnieje taka możliwość).
  • Korzystanie bez skrupułów, bardzo długo i na wyłączność z zamykanych na klucz pokojów dla rodzin, w których są fotele, przewijaki, małe toalety i atrakcje dla dzieci. Pewność, że Emilka nam nie ucieknie i płynący z tego spokój – bezcenne.
  • Place zabaw, fontanny i otwarte baseny jako główne i jedyne osiągalne dla nas atrakcje zewnętrzne. Numerem jeden okazał się tu park tuż pod wieżami Petronas, który jest cudownym skwerkiem tropikalnej zieleni i jednocześnie rajem dla dzieci. Znajduje się tam duży płytki basen oraz gigantyczny plac zabaw z mnóstwem atrakcji.
  • Pełne dopasowanie do potrzeb córki i czytanie z wyrazu jej oczu rozkazów, zanim jeszcze zdążyła je wydać, albo chociaż pomyśleć.

A teraz poważniej: to nie tak, że pozwoliliśmy się zdominować dwulatce. Po prostu uznaliśmy, że sami zafundowaliśmy jej ten emocjonalny fajerwerk, więc teraz musimy zrobić wszystko, żeby jakoś to zniosła i doszła do siebie. Uruchomiliśmy wszystkie nasze najgłębsze pokłady cierpliwości i empatii, nie krzyczeliśmy, tuliliśmy, wybaczaliśmy.

No i ta strategia okazała się strzałem w dziesiątkę. W czwartej dobie Emilka zapomniała o wszystkich swoich zmartwieniach, przystosowała się do męczącego upału i znów stała się dawną słodką Emilką z krainy słodkich Emilek. Proces przebiegł tak błyskawicznie, że zaczęliśmy podejrzewać ją o chorobę dwubiegunową :-). Co może jeszcze okazać się prawdą, bo w międzyczasie było już trochę takich wahań. Ale może to po prostu spóźniony kryzys dwulatka 🙂

Co jeszcze udało nam się zrobić w Kuala:

– wsiedliśmy do autobusu hop-on-hop-off i siedząc w wygodnym klimatyzowanym wnętrzu, w parę godzin zjechaliśmy wszystkie najważniejsze atrakcje stolicy Malezji.
Zawsze wydawało nam się, że taka opcja to komercyjne pójście na łatwiznę, ale podobno tylko krowy nie zmieniają poglądów. Odpoczęliśmy, pozwiedzaliśmy, dzieci się zregenerowały.
Wszyscy byli zadowoleni. Super sprawa!

– zrobiliśmy krótki spacer po Chinatown (znowu podczas drzemki dzieci).

– zjedliśmy trochę azjatyckich pychotek w kilku klimatycznych miejscach

– zrobiliśmy milowy krok mentalny w naszym pojmowaniu travelingu-parentingu (to znaczy, spokornieliśmy mocno)

– zaczęliśmy poważnie obawiać się tego, jak to będzie na Bali i dalej.

Mało wspominam o synku, ale wiedzcie, ze Kajtmanek to póki co wspaniały kompan podróży! Grzeczny, elastyczny, dzielny, rozkoszny i słodki. Oto cały Kajtuś 🙂 Zobaczymy, czy na wyjeździe nie udzieli mu się dwubiegunowa choroba siostry. Oj, oby nie, bo wtedy zrobi się naprawdę trudno.

Tymczasem Kuala Lumpur za nami, a przed nami Bali :-).

4 odpowiedzi do artykułu “Dwie wieże, dwa bieguny (maj 2015)

  1. Mali

    Widzę wypoczynek pełną gębą, jak na prawdziwych turystów z Europy przystało. 😉 Myślę że te trudne chwile scementuja, Wasze rodzinne relacje.

  2. mama

    kochani dopiero teraz dotarło do mnie jak cięzko wam było na początku podróży…i jak cięzko było naszemu Szogunkowi. Ale co was nie zabije to was wzmocni! bravo za cierpliwość, miłość rodzicielską i wzajemny szacunek.

  3. Kasia S.

    Jestem pełna podziwu dla waszych wojaży z dwójką dzieciaczków! Dajecie czadu 🙂 a bunt dwulatka po angielsku nazywany jest też ‚threenager’ – czyli może jeszcze potrwać. Pozdrawiam z Edynburga.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.