Natalia, Adam, Emilka i Kajtek Mińscy – Nasze duże i małe podróże

Czas powrotów (wrzesień 2014)

Podczas każdego wyjazdu nadchodzi moment, w którym coś się zmienia. Czasami jest to proces, którego symptomy stopniowo i niepostrzeżenie narastają i coraz bardziej się kumulują. Śpiwory zaczynają jakby lekko śmierdzieć, a codzienny zestaw śniadaniowy (np. typu kanapka z serem o smaku łososia pod spodem i figowym dżemem na wierzchu) staje się coraz trudniejszy do nie-zwrócenia. Kurz wnika głęboko w ubrania i prymitywna przepierka w ciepławej wodzie nie jest już wstanie go usunąć. Mijane krajobrazy nie zachwycają już tak bardzo jak na początku wyjazdu, a przerwy w trasie na robienie zdjęć stają się coraz rzadsze.

A innym znów razem jest to jedna konkretna chwila, jakiś przełom, kryzys, punkt zwrotny.Trach, patrzymy z Natalką na siebie i nagle wiemy.

Czas wracać.

IMGP8419Oczywiście trochę inaczej jest na wyjazdach, gdzie datę powrotu z góry determinuje wykupiony wcześniej bilet powrotny. W naszym przypadku zazwyczaj już tydzień przed taką datą zaczyna się takie właśnie dogorywanie. No, tak po prostu mamy i tyle.

Tym razem niby powinno było być podobnie, ale jednak nie było. Kiedy po długiej i męczącej jeździe wjechaliśmy od południa do Moremi Game Reserve w Botswanie, byliśmy jeszcze pewni, że wynajmiemy tam łódkę i zrobimy sobie kolejną wodną atrakcję, w jednym z najpiękniejszych tego typu rezerwatów dzikiej przyrody na Ziemi.

Ale.

Okazuje się, że nocleg na campingu Xakanaxa wymaga wcześniejszej rezerwacji. Nie doczytaliśmy o tym w przewodniku, więc strażnicy każą nam spać na prymitywnym campie przy bramie parku. Pył, piach, kurz, jakby się nie starać, po kilku minutach nasiąka tym wszystko – śpiwory, poduszki, ubrania, włosy (jeśli się je ma). Najgorsze możliwe warunki do spania, i to po naprawdę męczącym dniu – jazda przez pustkowia po tarce, od której po godzinie zaczynają ruszać się wszystkie zęby. No, ale cóż robić – rozbijamy namiot i ruszamy na poszukiwanie zwierząt. Chociaż po prawdzie też już nie mamy na to większej ochoty, bo po Chobe National Park już chyba tylko kładący się masce lew mógłby na nas zrobić jakieś większe wrażenie. Wiem, że to trochę straszne, ale tak właśnie objawia się u nas przestymulowanie mózgów – kiedy w stosunkowo krótkim czasie mamy za dużo wrażeń, to w przypadku braku kilkudniowego odpoczynku po prostu łapiemy blazę i z lekka obojętniejemy. Taka karma.

Tak też było tym razem. Jedziemy przez ten park, a tu zwierząt ni hu-hu. ZERO. A przecież to obszar, w którym jest ich ponoć więcej niż metrów kwadratowych! Na dodatek zaczyna się prawdziwy off-road – głęboki piach, co chwila trzeba przyspieszać i zwalniać, doły, górki i pagórki, zakręty, poskoki, przechyły. Moja ciężarna-w-szóstym-miesiącu-ciąży żona robi się jakby zielonkawa. I chyba średnio ją to wszystko cieszy. Nie mówi zbyt dużo. Za to Córek oczywiście przeszczęśliwy, przy każdym co większym HOP coraz bardziej się szczerzy i piszczy z radości jak mały kotek.

Widzę, że nie jest dobrze, ale jadę dalej, bo postanowiliśmy sobie, że w Xakanaxa spróbujemy sobie załatwić tę łódkę na jutro. Od campingu gdzie śpimy do tego miejsca jest tylko 40 km. Teoretycznie 40 min, ale po tych drogach-niedrogach jedziemy tam ponad półtorej godziny. I to ze świadomością, że za chwilę tą samą trasą będziemy musieli wracać, i to możliwie szybko, bo musimy wrócić przed ciemnością. Po takich trasach, ubi leones, nie jeździ się po ciemku.

Natalka w międzyczasie nabiera barwy lasu deszczowego przy wodospadach Wiktorii. Kiedy w końcu dojeżdżamy w pobliże Xakanaxa, naszą trasę przegradza rzeka. Oczywiście wjeżdżam w nią na pełnym gazie, bo innej drogi nie ma, a takie przeszkody trzeba brać z rozpędu. I przez jedną straszną chwilę nasz samochód zatapia się prawie do połowy drzwi i staje na samym środku grząskiego dna. Mówię na głos „KURWA” i jestem już pewien, że mamy przerąbane. Tym bardziej, że przez ostatnie 90 minut mijał nas tylko jeden samochód. Tu naprawdę nie ma nam kto pomóc.

Wduszam gaz i – o dziwo – Toyota Condor, którą zakopaliśmy się wcześniej już dwa razy w piachach, tym razem daje radę. Wyjeżdżamy z tej rzeki.

I w tym momencie Natalka zaczyna rodzić. Ciąg dalszy jutro.

Nie, żartuję, dokończę już ten wpis 😉 Tym bardziej, że wtedy naprawdę nie było nam do śmiechu. Za dużo wszystkiego – podskoków, nerwów, zmęczenia. Kiedy sytuacja wraca do normy (to znaczy Natalka przestaje rodzić), dzieje się właśnie to, o czym pisałem na początku. Patrzymy na siebie i wiemy – czas wracać.

Nie dojechaliśmy do recepcji w Xakanaxa, mimo że dzieliło nas od niej jakieś 800 metrów. Zawróciliśmy w miejscu. O kolejnym przejeździe przez rzekę i drodze powrotnej na camping nie będę już pisać. Na szczęście obyło się bez przygód, a Park Moremi postanowił jednak objawić nam trochę ze swoich skarbów – przy jednym z wodopojów zobaczyliśmy słonia, pokazały się też żyrafy i zebry.

Potem, już w namiocie, w śpiworach, nasłuchiwaliśmy nocnych odgłosów lasu. Kilkanaście minut tuż koło nas żerował wielki ratel. Nie bał się nawet światła latarki – spokojnie wyjadał z ziemi resztki wyrzuconej przez Emilkę fasolki po bretońsku. Coś dużego próbowało się dostać do pobliskiej klatki ze śmieciami. Szelesty, chrapanie, piski, warkot.

Rano dowiedzieliśmy się, że w nocy po naszym campingu buszowało stado hien. Zobaczyliśmy je zresztą potem na drodze.

Botswano, Afryko – jesteście piękne. Ale my wracamy już do domu. Do zobaczenia następnym razem!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.