Na razie fragment relacji z gór Cumbrii w południowo - zachodniej Szkocji. Ciąg dalszy tradycyjnie nastapi.
Dodatkowo również galeria:
Zbocze
nagle się kończy, przechodzi w płaskie kamienne pole, z którego wystają jak
poukładane ogromną ręką skalne piramidy - kilka, kilkanaście głazów jeden na
drugim. Po kilku próbach wdrapujemy się na taką, która wydaje się nam
najwyższa. Przez chwilę rozglądamy się wokoło, szukając w pobliżu jakiejś
wyższej formacji, chociaż w otaczającej nas mgle widoczność jest bardzo mała.
Szarość bloków obok nas stopniowo traci ostre kontury, by kawałek dalej
całkowicie wtopić się w białą ścianę. Ale w promieniu paru metrów góra ściele
się we wszystkich kierunkach w dole, u naszych stóp. Uznajemy, że jesteśmy na
szczycie.
A wiec niby zwycięstwo - najwyższy punkt w czasie całego naszego wyjazdu, dach
Anglii, nasza mała Czamolungma. Powinno wystąpić uczucie triumfu, ale ja czuję
się jakoś dziwnie. Malina milczy, rozgląda się, jakby trochę niepewna.
Wyciągamy aparaty, robimy kilka zdjęć. Wieje bardzo silny wiatr, nieustający,
przenikliwy, ale mgła jest tak gęsta, że wcale się nie rozwiewa. Albo może
rozwiewa się, ale nowe jej pokłady nadpływają tak szybko, że ułomne ludzkie oko
nie jest w stanie zauważyć różnicy. Ta mgła oblepia, zniekształca głosy,
udziwnia reakcje. Przez parę chwil mam nieprzyjemne wrażenie, że ktoś
intensywnie się we mnie wpatruje, ktoś, kto niekoniecznie ma dobre zamiary. Ale
już za chwilę znajdujemy szczelinę między dwoma wielkimi głazami, chowamy się w
niej i uczucie znika. Patrzymy na siebie, uśmiechamy się. Wyciągam czekoladę
(naprawdę ją wziąłem), nalewam do kubków wodę, wsypujemy kisiele, mussli,
dodajemy po 2 tabletki witaminy C. Jemy. Mgła wisi nad nami niczym niski strop,
kłębi się, pulsuje. Między kamieniami dostrzegam wysuszoną skórkę od banana -
znak, że nie jesteśmy tu pierwsi. Z jednej strony krzepiące - może to naprawdę
jest szczyt, ale z drugiej znów powraca gorzka myśl, że Magellan, Tenzing i
Hillary, Armstrong, zabrali mi, Malinie, wszystkim wędrowcom, żeglarzom,
wspinaczom, podróżnikom, coś co jest już nie do odzyskania, zawłaszczyli sobie
smak całkowitego i niepodzielnego zwycięstwa, pozostawiając nam gorycz
drugiego, trzynastego, osiemdziesiątego ósmego miejsca. Skórki po swoich
bananach. Trochę śmieszna jest ta złość na własne spóźnienie, tęsknota za
nieznanym i nieodkrytym wtedy, a zadeptanym i obfotografowanym teraz. Ale jest,
i czasem wykrzywia twarze takich jak my w smutne uśmiechy, wydobywa z nas nutki
archaicznego romantyzmu, których wstydzimy się nawet przed sobą. Wieczni
tropiciele, kopiści, naśladowcy...
Ale czas nagli, trzeba wracać. Do zmroku pozostało jeszcze około 4 godzin,
wejście zajęło nam prawie trzy. Opuszczamy naszą szczelinę, znów zanurzamy się
we mgle. Dwadzieścia minut bezruchu wyziębiło nas, mięśnie ostygły, trzeba się
rozgrzać. Idę trochę szybciej niż powinienem, bloki kamienne są duże, wyglądają
stabilnie, ale kilka razy niespodziewanie łatwo z niemiłym głuchym łupnięciem
osuwają się w dół, grożąc zmiażdżeniem stopy, połamaniem kości. Skupiam się na
ważeniu kolejnych kroków, na oślep zmierzam ku przełęczy, z której przyszliśmy.
Malina zostaje z tyłu, idzie za mną, w którymś momencie krzyczy, żebym się
odezwał, przestała mnie widzieć. Mgła pochłania całą dźwięczność jej głosu,
nadaje mu tembr przesypywanych ziemniaków. Odkrzykuję, że jestem i chwilę na
nią czekam. Wszystko w porządku, kolana jej nie bolą, tylko dlaczego kręcimy
się w kółko, czy nie powinniśmy iść bardziej w prawo?
Dopiero od tego momentu zaczynam zastanawiać się nad kierunkiem. Zdaje mi się,
że rzeczywiście trochę odbiłem od naszej trasy, koryguję marszrutę, choć
względnie wyrównane głazowisko nie ułatwia orientacji, nie sugeruje żadnej
drogi w dół. Nie widać nawet śladu ścieżki. Po dalszych kilku minutach zaczynam
odczuwać niepokój. Wiatr cichnie, jakby się czaił, robi się coraz dziwniej.
Oglądam się za siebie, Maliny nie widać, wołam ją, odpowiada, z zupełnie innej
strony niż się spodziewałem. Znów patrzę przed siebie, ale nie jestem już
pewien, w którą stronę przed chwilą szedłem. Mgła gęstnieje.
|
|
|
|
Ostatnie
przygotowania |
Przed Buckingham
Palace |
Planowanie
podróży |
Pierwszy deszcz |
|
|
|

|
Nocleg w High
Barnett |
No i łapiemy |
Dobre babunie z
Hatfield |
Katedra w Ely |
|
 |
|
|
| Katerda w Ely |
Dom Crommwella |
Nocleg pod Ely |
W cieniu katedry |
 |
 |
 |
 |
| Northumbrland |
Northumbrland
|
Northumbrland
|
Northumbrland |
|
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- *Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.
- Zachowaj w pamięci treść jeżeli pomyliłeś kod.
| |