Berestagi śmierdzi. Jest brzydkim,
nieatrakcyjnym, ale na wskroś autentycznym sumatrzańskim miastem, którego
główną atrakcją są dwa pobliskie wulkany. Gdyby nie one, zapewne żaden zagraniczny
turysta nie postawiłby tu stopy na dłużej, niż to absolutnie konieczne.
Jeden z postojów po drodze
Główna ulica Berestagi. W tle Mount Sibayak
Dojazd zajął nam prawie cały dzień i na
pewno szybko go nie zapomnimy. Wyobraźcie sobie rozklekotanego busika, którego
nominalna pojemność wynosi 10 osób. Następnie załadujcie tam 22 osoby, w tym
czwórkę dzieci do lat 3, dwie karmiące matki i obłąkanego gościa, który cały
czas wrzeszczy, zachęcając do wsiadania kolejnych pasażerów. Na dach wrzućcie
worek z dogorywającym prosiakiem, który ma jeszcze niestety dość sił żeby
kwiczeć, a pod nogami pasażerów ulokujcie kolejny worek – tym razem z kilkoma miotającymi
się kurami. Poza tym każcie wszystkim non stop palić, zmuście dzieci do
ustawicznego płaczu i zamknijcie wszystkie okna, żeby przypadkiem nie ulotnił
się ani miligram wiszącej w powietrzu nikotyny. Aha, i koniecznie pofałdujcie,
zmasakrujcie i porządnie podziurawcie wszystkie drogi na trasie przejazdu. A na
końcu do tego wszystkiego wrzućcie nas i obserwujcie, co ciekawego się z nami
dzieje.
Oj, za wygodne mieliśmy te ostatnie 3
miesiące i zaczęliśmy już dziadzieć w klimatyzowanych autobusach, ale na
szczęście ta jazda przypomniała nam, co oznacza prawdziwy transportowy hardkor.
Ponieważ przyjechaliśmy do Berestagi 30
grudnia, a miasto jest nie wiedzieć czemu sylwestrową mekką dla chyba
wszystkich mieszkańców północnej Sumatry, znalezienie miejsca do spania okazało
się nie lada wyzwaniem. Snuliśmy się po ciemku, w deszczu, błocie i śmieciach,
a nad nami unosiła się słodko-wymiotna woń durianu (południowo-azjatycki owoc,
smaczny ale o bardzo specyficznym zapachu). W końcu znaleźliśmy. Teraz dla
odmiany mogliśmy wdychać zapach grzyba, porastającego ściany naszego brzydkiego
i porażająco drogiego pokoju. Myśleliśmy w tym czasie intensywnie o wszystkich,
którzy zazdroszczą nam naszej podróży.
Ale dość narzekania. W końcu robimy to, co
sami chcieliśmy, a poza tym w ostatecznym bilansie jest przecież mega fajnie. Wczesnym
świtem obudziło nas sylwestrowe słoneczko i w jego promieniach wszystko
wyglądało już dużo lepiej. Spakowaliśmy mały plecak i ruszyliśmy na spotkanie z
Mount Sibayak.
Widok po drodze
Jest to jeden z najłatwiejszych do zdobycia
wulkanów Indonezji. Wejście na pozostałości stożka, zalane przez turkusowe
jeziorko, zajmuje ok. 2,5 godziny. Fajne jest to, że najpierw idzie się przez
dżunglę, a chwilę później soczysta zieleń ustępuje miejsca klimatom rodem z Marsa.
Szare kamienie z żółtym siarkowym nalotem, smród wulkanicznych wyziewów i
ogłuszający hałas ulatniających się gazów – całość tworzy ciekawy obrazek,
który zrobił na mnie (ja = Adam) spore wrażenie. Tym bardziej, że był to mój
pierwszy w życiu wulkan. Poza tym błyskawicznie zmieniała się pogoda – od
kłębów mgły i pary po ostre górskie słońce. Pozytywnie.
Na zejście wybraliśmy inną trasę, trochę
bardziej naokoło. Bardzo fajny szlak, ale budowali go chyba jacyś katorżnicy,
bo od góry aż na sam dół tworzą go wielkie kamienne bloki schodów. Bo komu
innemu chciałoby się je tam targać i mocować? Spotkaliśmy wielkiego wija –
wieloszczeta, a w koronach drzew nad nami domyślaliśmy się stada gibonów.
Zielono, dżunglowato, wilgotno, egzotycznie.
Tym miłym spacerkiem pożegnaliśmy stary
rok. Smaczna kolacja, piwko, a w końcu tony fajerwerków i petard odpalanych
przez lokalsów, i oto mamy nową dekadę. Ciekawe, co nam przyniesie?
Życzymy wszystkim, żeby były to same
pozytywy!
***
Parę
wskazówek odnośnie Berestagi:
DOJAZD
Z JEZIORA TOBA:
Z Parapat ma bezpośredniego połączenia, w
grę wchodzi tylko lokalny transport z trzema przesiadkami.
Parapat –
Pematangsiantar (albo po prostu Siantar): ok. 1,5 h, 20’000 Rp od osoby
(przepłaciliśmy, powinno być 10’000 Rp),
Siantar –
Kabanjahe:
przesiadka dzieje się sama, ani nie wiesz jak wkładają Cię do innego busika i
przekładają twój bagaż. Przejazd – ok. 3,5 h, 16’000 Rp od osoby
Kabanjahe – Berestagi: znów błyskawiczna
zmiana środka transportu, 12 km, 20 min, 5’000 Rp od osoby.
NOCLEGI:
Grzyba mieliśmy w hostelu „Losmen Sibayak”
– bardzo nie polecamy. Zmieniliśmy potem lokalizację na „Wisma Sibayak” i tu
było ok, chociaż cena też z kosmosu, bo ponoć rząd każe hotelarzom w okresie
świąt podwajać wszystkie stawki. Więc musieliśmy płacić 120’000 Rp (koło 36
PLN) zamiast 60’000 Rp, czyli stawki poza sezonem.
JEDZENIE:
Zdecydowanie najlepsze w chińskiej
restauracji Eropah, mniej więcej w połowie głównej ulicy Jalan Veteran.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
*Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.