Zwiedzanie
Sumatry postanowiliśmy zacząć od północy, a konkretnie od jeziora Toba i
położonej na nim wyspy Samosir. Szukaliśmy jakiegoś cichego i spokojnego przytułku
na Święta, a o tym miejscu słyszeliśmy dużo dobrego.
Na
wyspę dotarliśmy wcześnie rano w Wigilię.
Niemal
cała turystyczna infrastruktura skupia się na niewielkim i niezwykle
malowniczym cypelku o nazwie Tuk-Tuk, i właśnie tam opuściliśmy nasz prom. Po
krótkich poszukiwaniach znaleźliśmy dokładnie takie zakwaterowanie, o jakie nam
chodziło – duży, jasny pokój z panoramicznym oknem, tarasem i pięknym widokiem
na jezioro. I, co nie bez znaczenia – za jedyne 15 zł za dobę.
Po
wizycie w kilku lokalnych sklepach szybko zorientowaliśmy się, że na Wigilię w
polskim stylu – z pierożkami, barszczem i kapustą – raczej nie ma szans. Nie było
natomiast problemów z rybami. Co prawda karpia nie udało się nam znaleźć, ale
słodkowodne coś z grilla, serwowane w liściach bananowca i ze specyficznym,
lokalnym farszem, było – po dwóch miesiącach jedzenia ryb morskich, bardzo
przyjemną odmianą.
Rybka
Widok z okna
Ten sam widok pare godzin pozniej
Po
takim smakowitym początku kontynuowaliśmy celebrację Wigilii w swoim pokoju.
Były świeczki, obrusik z koca, muzyka z prawosławnej mszy (zapomnieliśmy
ściągnąć sobie kolędy!), ananas trochę słodyczy i lokalne piwko z colą – niby
mało, ale udało nam się poczuć atmosferę świąt. Tym bardziej, że po kolacji pogadaliśmy
sobie z rodzinami w Polsce.
Wigilijna wieczerza
Kolejnych
kilka dni spędziliśmy na zwiedzaniu i był to naprawdę miły czas.
Samosir
stanowi swego rodzaju ciekawostkę – jest wyspą na wyspie (czyli na Sumatrze).
Poza tym ze względu na wysokość nad poziomem morza jest tu – jak na Indonezję –
dość chłodno, a w porze deszczowej codziennie pod wieczór nadciąga gwałtowna
tropikalna ulewa. Woda w jeziorze jest bardzo ciepła (ok. 25 stopni), a fale
podczas burzy wyglądają prawie tak,jak
na morzu.
Wyspa
oferuje parę ciekawych szlaków, piękne widoki i dobrą kuchnię – od dań
lokalnych po spaghetti i pizzę. Zamieszkują ją głównie członkowie grupy
etnicznej Batak, która buduje charakterystyczne domki o spiczastych dachach
(obecnie kryte falistą blachą) i wyrabia całkiem ładne pamiątki z drewna.
Ludzie mili, a po angielsku mówią nawet trzylatki. Wśród mieszkańców jest
bardzo dużo chrześcijan – katolickie i protestanckie kościoły rozmieszczone są chyba
gęściej niż w Polsce, co jest prawdopodobnie światowym rekordem.
Widoki
Nam najbardziej spodobał
się Tuk-Tuk, spokojny, sielankowy, z sympatycznymi knajpkami, hotelikami i
wszystkim, czego może potrzebować zmęczony podróżnik. Urzekł nas też targ rybny
i bazar w Tomok – krwisty, prawdziwy i bardzo kolorowy.
Poza tym zafundowaliśmy
sobie kurs motorkiem do Pangaruran, który jest największym miastem na wyspie i
jej stolicą. Sam w sobie jest średnio ciekawy, ale po drodze można podziwiać
piękne widoki, w tym mnóstwo wiejskich kościółków i pola ryżowe z pracującymi
na nich ludźmi.
Tomok - po bokach spiczaste dachy domow ludzi Batak
Tomok - przystan promowa, targ rybny i bazar
Osobną historię stanowi
nasza wyprawa w góry – na dach wyspy, który postanowiliśmy zdobyć od strony
Tomok. Szlak na szczyt jest praktycznie nie do znalezienia. Na szczęście pomogli
nam lokalni chłopcy, którzy postanowili iść z nami. Podejście zajmuje około 2,5
h i jest naprawdę trudne: chaszcze, ostre trawy, a na metr do przodu przypadają
dwa metry do góry. Ale za to widok z góry wynagradza wszystkie wysiłki – jeśli
akurat nie ma mgły, to pięknie widać zarówno Tuk-Tuk, jak i okoliczne tarasy
ryżowe. Co nie zmienia faktu, że wspinaczka nas wykończyła, czego nie można
powiedzieć o naszych przewodnikach, którzy śmigali w górę jak małpy i śmiali
się z naszego sapania, kompletnie mokrych koszul i ciągłych przerw na złapanie
oddechu.
Wioska ludzi Batak (pokazowa) z jedyna chata kryta strzecha, jaka widzielismy na calej wyspie
Widoczki z wedrowki
Polwysep Tuk-Tuk
Nasi przewodnicy
Bazując na mapie którą
zdobyliśmy w bibliotece w Tuk-Tuk, wytyczyliśmy sobie trasę przez trzy położone
w górach wioski: Ronggurnihutę, Sidihoni i Dolok. Stamtąd chcieliśmy zejść do
położonej niedaleko Tuk-Tuk Ambarity. Niestety, mapa okazała się dramatyczną
porażką – ze swoim wyskalowaniem miała się nijak do rzeczywistości. Zamiast
planowanych 30 minut, marsz do Ronggurnihuty zajął nam bite trzy godziny. Droga
wiodła przez klimatyczny, mglisty las, który jednak po pewnym czasie przestał
nam się podobać. Do tego, kiedy pytaliśmy o szlak z Dolok do Ambarity,
miejscowi stukali się w głowę. Szlak jest na mapie, ale w praktyce nie istnieje.
Na szlaku
Miesozerne roslinki
Mglisty las
Po kolejnych paru godzinach marszu nasi
przewodnicy zdecydowali się zostać u krewnych, a my – zmęczeni, głodni i
zmoknięci, brnęliśmy dalej, w stronę najbliższego miasta. W końcu, już w
kompletnych ciemnościach, udało się nam złapać ciężarówkę do Pangaruran. Droga
po której jechaliśmy, ilością dziur i błota jak żywo przypominała klimaty z
Tadżykistanu i Kirgistanu, a w kabinie ledwo udało się nam upchać. Ale
jechaliśmy, a to było najważniejsze. Z Pangaruran do Tuk-Tuk wzięliśmy lokalny
transport (motorek z przyczepką), i w końcu – po 15 godzinach w trasie,
znaleźliśmy się w naszym pokoju. W sumie przeszliśmy około 40 kilometrów i była
to naprawdę męcząca wycieczka. Chociaż jednocześnie ciekawa i pełna wrażeń.
Generalnie trzeba
powiedzieć, że nasz debiut w Indonezji uważamy za jak najbardziej udany – mamy
nadzieję, że najbliższe 2 miesiące będą równie aktywne i fajne!
Ronggurnihuta
Stopy Natalii po 40 km marszu
Na
koniec parę informacji praktycznych:
Dojazd:
Nocny autobus z Dumai do
Parapat kosztował nas 180’000 Rp od osoby – sporo przepłaciliśmy, na pewno
można taniej. W środku klima, telewizor i muzyczka, cała trasa trwa plus minus
12 godzin. Koło 6.00 rano nagła przesiadka w upakowany do granic możliwości
busik. Jak się okazuje, za dodatkową opłatą 9 000 Rp od łebka. Z Parapat
prom na Tuk-Tuk na wyspie Samosir – 7’000 Rp.
Ceny:
Ceny za nocleg zaczynają się od 50’000 Rp za wielki pokój,
zazwyczaj z fantastycznym widokiem na jezioro Toba. Warto trochę poszukać i
warto się targować. Nie warto natomiast wierzyć naganiaczom w Parapat, że
jedynie ich pomoc umożliwi znalezienie wolnego miejsca – byliśmy na Samosir w
czasie świąt i naprawdę nie spotkaliśmy żadnych dzikich tłumów. Za to hoteli
mnóstwo, jest w czym wybierać.
Cena za wypożyczenie motoru – od 60’000 Rp za dzień,
czasem w cenie jest też pełen bak paliwa.
Dobry obiad: od 20’000 Rp.
Jedna z ofert Tuk-Tuku- pranie i magiczne grzybki ;-)
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
*Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.