|
Koh Muk - rajska plaża
Pierwsza
"rajska" wyspa na naszej trasie. Miało być pięknie i w sumie było, ale
nie obyło się bez stresów i strat. Największy dramat tego etapu to
utracona ukochana czapeczka Adama, która jest teraz pewnie
wpierniczana przez kraby gdzieś na dnie Morza Andamańskiego... Ale zacznijmy od początku.
![]() Krab - prawdopodobnie jeden z konsumentów czapeczki
Trudno było nam podjąć decyzję, na jaką
wyspę popłynąć.
Celowo zrezygnowaliśmy z najbardziej
popularnych jak Ko Phi Phi, Koh Samui czy Koh Lanta, gdyż wizja rajskości tych
miejsc kłóciła nam się z panującą tam komercją.
Nie chcieliśmy też korzystać z usług
agencji turystycznych proponujących schematyczne i drogie wycieczki.
Pragnęliśmy doświadczyć piękna wyspy w kameralny sposób, bez tłumów na plażach
i zgiełku hałasu dochodzącego z hotelików czy knajpek.
Wiedzieliśmy już, że urok Tajlandii tkwi w
poszukiwaniach niezwykłych miejsc, że czasem wystarczy tylko umiejętnie czytać
między wierszami przewodnika lub wyjść poza to co on mówi i, po prostu - zdać
się na los.
Decyzję podjęliśmy w Trang, paradoksalnie
dość odległym od oceanu. O wyborze wyspy Koh-Muk wyborze zadecydowała jej stosunkowa
łatwa dostępność z lądu, a także możliwość taniego przemieszczania się między
innymi wyspami – jej sąsiadkami z niewielkiego archipelagu. Poza tym naglił nas
już czas – do granicy z Malezją było coraz bliżej.
![]() Wyspy w pobliży Trangu ![]() W drodze do przystani ![]() Przystań i nasza łódź ![]() Na pokładzie ![]() Koh Muk - widok z łodzi
Na wyspę dotarliśmy niemal w ekspresowym
tempie.
Najpierw wzięliśmy pociąg do miasteczka
znajdującego sie w połowie drogi na przystań.
Za miłą, czterdziestominutową przejażdżkę zapłaciliśmy,
uwaga! - pięć bahtów, co w przeliczeniu na złotówki daje zawrotna sumę ok.
czterdziestu pięciu groszy.
Z dworca tuk-tukiem (motorikszą) dotarliśmy
do centrum, gdzie przesiedliśmy sie w tzw. sawngthaew – to tutejszy bardzo popularny
środek transportu, coś w stylu małego samochodu dostawczego, przerobionego na
prowizoryczny autobus, z drewnianymi ławkami po bokach.
Warunki surowe, ale to sprawdzony, szybki i
tani sposób na przemieszczanie się na krótkich trasach.
Na miejscu okazało się, że cena za
transport obejmuje także łódź, co nas niezwykle ucieszyło.
W ten oto sposób dotarliśmy na wyspę, płacąc
zaledwie połowę tego, co życzą sobie pośrednicy w agencjach. Mieliśmy z tego powodu
ogromną satysfakcję, to był dobry początek.
Wyspa z daleka prezentowała sie wspaniale. Łagodnie
wyrastała z turkusowego oceanu, tworząc niezwykle subtelny i egzotyczny
krajobraz.
Większość jej powierzchni stanowiły
skaliste wzgórza pokryte gęstym lasem, które jednak na zachodnim brzegu
ustępowały miejsca bajkowej plaży z białym piaskiem i strzelistymi plamami,
sięgającymi wysoko w błękit nieba.
Na niewielkim obszarze tuż przy przystani
rozciągała się malownicza rybacka wioska. Tuż przy brzegu znajdował się szereg stojących na drewnianych palach domów, przypominających wyglądem rozpadające sie rudery. Panujący wokół chaos, na który składały się porozrzucane sieci, liny, schnące pranie oraz biegające wszędzie dzieci, psy i koty, tworzyły niezwykle urokliwy wyspiarski krajobraz.
![]() Przystań na wyspie (w budowie) ![]() Jak na szyldzie ![]() Parę migawek z wioski ![]()
Po krótkich oględzinach wioski i plaż znajdujących
się w pobliżu, postanowiliśmy rozbić namiot w ogrodzie jednego z resortów wypoczynkowych.
Urzekła nas ogromna huśtawka znajdująca się tuż przy brzegu oceanu, a także
niesforne szczeniaczki bawiące się na piasku. Nie chcieliśmy zapuszczać się w
głąb wyspy ani iść jej brzegiem razem z plecakami, bo tak naprawdę nie wiedzieliśmy
jak nam sie tu spodoba i ile czasu tu spędzimy.
Nie zdziwię zapewne nikogo jeśli powiem, że
byliśmy jednymi w tym czasie gośćmi.
Cóż, taki urok Tajlandii.
Po krótkim odpoczynku poszliśmy na spacer.
Naszym celem była rajsko wyglądająca z łodzi plaża.
Rzeczywiście jej uroda powaliła nas nogi!
Jedwabisty, miękki piasek, który subtelnie i delikatnie masował nasze stopy, rozciągał
się na ponad kilometrowym odcinku. Lazurowy kolor oceanu cudnie współgrał z
bielą piasku i zielenią palm. Błogość bijąca od tego miejsca odczuwalna była na
każdym kroku. Niestety, wszystkie te cuda należały do ekskluzywnego resortu
wypoczynkowego – eleganckiego, stylowego i niesłychanie drogiego! Cena bungalowa
wraz ze śniadaniem wynosiła ok czterysta pięćdziesiąt złotych za jedną dobę! Pospacerowaliśmy
sobie trochę po plaży, zrobiliśmy kilka fotek i poszliśmy dalej eksplorować wyspę
z drugiej strony.
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
Wschodnie wybrzeże okazało się zupełnie
inne. Na poznawaniu jego wielu odsłon spędziliśmy niemal cały dwudniowy pobyt na wyspie.
Najpierw eksplorowaliśmy brzeg od strony
lądu. Poranny odpływ odsłonił ukryte wcześniej skały i kamienie, które
pozwoliły nam na długi kilkugodzinny spacer wzdłuż wschodniej ściany na granicy
lądu i oceanu. Krajobraz zmieniał się za każdym zakrętem poszarpanej linii
brzegowej.
Oczarowani wpatrywaliśmy się w wyłonione z
wody pokręcone korzenie drzew namorzynowych, nie mogąc nadziwić się ich
urodzie.
Lasy namorzynowe stanowią niezwykłą formację
ziemno-wodną, która podczas przypływu zalewana jest wodą morską – widoczne są
wtedy tylko korony drzew, a podczas odpływu odsłania się powierzchnia gruntu i
tym samym całe drzewa z korzeniami. Mangrowia należą do najbogatszych i
najbardziej złożonych ekosystemów Ziemi. Spełniają wiele istotnych ról w
procesach biologicznych, między innymi, zatrzymują zanieczyszczenia spływające
z lądu, przez co oczyszczają wody morskie i chronią przed szkodliwymi wpływami
wrażliwe, przybrzeżne rafy koralowe.
Niesamowitą frajdą było wspinanie się po
ogromnych głazach, przeskakiwanie przez skalne szczelinki, przedzieranie się
przez powalone gałęzie drzew i brodzenie, nieraz po pas, we wodzie.
Z czasem jednak skalne ściany zaczęły się
stawać coraz bardziej strome, a pokonywanie kolejnych przeszkód było coraz
trudniejsze. Z niepokojem patrzyłam na ocean, który, jeszcze tak niedawno
spokojny i szmaragdowy, z każdą minutą przybierał coraz groźniejsze oblicze.
Szliśmy jednak dalej, mając nadzieję, że kolejny zakręt przyniesie lepszą
drogę. Ale tak się nie stało – w pewnym momencie wyrosła przed nami pionowa,
niemożliwa do zdobycia ściana. To niestety oznaczało – powrót.
W tym miejscu Adam postanowił zejść do wody
i trochę ponurkować, żeby z bliska obejrzeć rafę koralową. Wskoczył do cudnie
błękitnej wody i gorąco namawiał mnie do tego samego. I już prawie się
zgodziłam, gdy nagle, w odległości metra od niego zobaczyłam wielką głowę gada
z długim, syczącym językiem...
Naprawdę nie wiem dlaczego nie wpadałam w
histerię, tylko spokojnym i nad wyraz opanowanym głosem powiedziałam mu, co
widzę. Adam jednak sam poczuł bliską obecność dziwnego osobnika. Z prędkością
światła opuścił wodę i wdrapał się na skały. Potem lekko przerażeni patrzeliśmy
na taflę oceanu, która gdzieś tam kryła w sobie dwumetrowego warana, z którym
jeszcze kilka chwil temu tak blisko Adama. Na takie wrażenia nie byliśmy
przygotowani!
Droga powrotna była równie ekscytująca, a
chwilami nawet – niebezpieczna. Woda w oceanie w ciągu zaledwie godziny
podniosła swój poziom o kilkanaście centymetrów. Zerwał się niemiły wiatr i nagle
też okazało się, że nie ma już większości skał, po których stąpaliśmy!
Przyjemny brzeg zamienił się w strome i
groźne zbocze. Większość czasu brodziliśmy po szyję w wodzie, niektóre odcinki
wymagały przepłynięcia kilku metrów, a inne wspinania się po śliskich ścianach.
Gdy po dwóch godzinach intensywnej przeprawy doszliśmy do zwyczajnej plaży,
byliśmy naprawdę szczęśliwi.
Zabezpieczyliśmy nasze torby w konarze
jednego z drzew (na szczęście podczas tej przeprawy nie zamokły nam aparaty, a
było naprawdę blisko!), i poszliśmy się wykąpać tak, jak staliśmy – w ubraniach
i butach, które przecież i tak były mokre. Świeciło ostre słońce, a woda była
tak przejrzysta, że widzieliśmy każdy najmniejszy kamyczek i muszelkę
znajdującą się na pod naszymi stopami. Przeniknął nas niesłychany spokój
oceanu, ciepło słońca, wody, szum wiatru. Położyliśmy się na tafli wody i tak
trwaliśmy sobie przez kilka chwil, nic do siebie nie mówiąc.
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
Zachwyceni oceanem postanowiliśmy
wypożyczyć kajak i przyjrzeć się wyspie z nieco innej strony.
Ciesząc się jak dzieci, obraliśmy poranny
kierunek drogi, pragnąc zobaczyć jak sprawy mają się za stromym brzegiem, którego nie udało nam się
zdobyć podczas pieszego wspinania.
Ocean zachwycił nas ponownie, ale tym razem
zupełnie inaczej!
Wodny świat znajdujący się tuż pod nami był
tak niezwykły i odmienny! Urzeczeni wpatrywaliśmy się w rafę koralową,
niezwykłe kolorowe ryby i wszystkie inne morskie cuda.
Początkowo chcieliśmy opłynąć wyspę, jednak
szybko okazało się, że to nie takie proste. Do zapadnięcia zmroku dzieliły nas
tylko dwie godziny, woleliśmy więc nie ryzykować i nie narażać się na powrót po
ciemku.
Cieszyliśmy się z nieograniczonego dostępu
do wody, z latających przed naszymi oczami ławic ryb (dosłownie fruwały!), z
siebie, z słońca, z wiatru. To była – kolejna już tego dnia – magiczna chwila.
Jednak, jak to bywa w życiu, sielanka nie
trwała zbyt długo.
W drodze powrotnej drastycznie zmieniła się
pogoda, zerwał się silny wiatr, który przeobraził spokojny i łagodny dotąd ocean
w szalejący żywioł. Ogromne fale rzucały nasz kajaczek na wszystkie strony. W
pewnym momencie straciliśmy pióro jednego wiosła – źle przymocowane nie
udźwignęło ciężaru wody. Płynąc pod wiatr, staraliśmy się być jak najbliżej
brzegu, co nie było wcale taką łatwą sprawą, gdyż fale cały czas znosiły nas w
przeciwnym kierunku. Bałam się. Adam – w ogóle. Jemu wręcz podobała się ta sytuacja
– walczył z żywiołem i siłą mięśni udawało mu się go okiełznać.
W przypływie zachwytu nad mocą fal, Adam
przymocował kajak do wystającej boi i po raz ostatni już tego dnia wskoczył do
wody. Jednak tym razem o czymś zapomniał...
Wraz z tym skokiem utonęła jego ukochana,
zielona Czapeczka. Na nic zdały się podwodne poszukiwanie – siła fal była tak
ogromna, że zapewne w szybkim czasie zniosło ją daleko od nas.
Nieco przygaszeni wróciliśmy na wyspę,
gdzie okazało się, że musimy zapłacić za zgubione pióro. Tym niezbyt miłym akcentem zakończyliśmy pełen wrażeń dzień.
![]() ![]() Początek naszego spaceru ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Jedno z ostatnich zdjęć czapeczki!
Noc była bardzo duszna, a głośny szum fal
nie pozwalał nam spać.
W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że
woda zaraz wedrze się na nasze pole namiotowe i porwie nas do oceanu... Oczywiście
tak się nie stało.
W końcu jakoś zasnęliśmy. Obudziło nas
słońce i kolejny odpływ. Linia brzegowa przesunęła się po raz kolejny o dobre 50
metrów, a woda znów odsłoniła skały, kamienie i drzewa namorzynowe.
Niesamowity cykl!
Wzięliśmy poranny prom z powrotem na stały
ląd i w ten oto sposób pożegnaliśmy się z wyspą.
|
||||||||



























.jpg)




.jpg)


.jpg)
.jpg)

.jpg)
.jpg)

.jpg)

.jpg)









.jpg)
.jpg)

.jpg)


Bądź pierwszym który skomentuje




