Nasi sponsorzy
Sail and Rock Crooc
Polecamy
Koniec Swiata logo anyService logo
Koh Muk - rajska plaża

Pierwsza "rajska" wyspa na naszej trasie. Miało być pięknie i w sumie było, ale nie obyło się bez stresów i strat. Największy dramat tego etapu to utracona ukochana czapeczka Adama, która  jest teraz pewnie wpierniczana przez kraby gdzieś na dnie Morza Andamańskiego... Ale zacznijmy od początku.

koh_muk.jpg
Krab - prawdopodobnie jeden z konsumentów czapeczki

Trudno było nam podjąć decyzję, na jaką wyspę popłynąć.

 

Celowo zrezygnowaliśmy z najbardziej popularnych jak Ko Phi Phi, Koh Samui czy Koh Lanta, gdyż wizja rajskości tych miejsc kłóciła nam się z panującą tam komercją.

Nie chcieliśmy też korzystać z usług agencji turystycznych proponujących schematyczne i drogie wycieczki. Pragnęliśmy doświadczyć piękna wyspy w kameralny sposób, bez tłumów na plażach i zgiełku hałasu dochodzącego z hotelików czy knajpek.

Wiedzieliśmy już, że urok Tajlandii tkwi w poszukiwaniach niezwykłych miejsc, że czasem wystarczy tylko umiejętnie czytać między wierszami przewodnika lub wyjść poza to co on mówi i, po prostu - zdać się na los.

 

Decyzję podjęliśmy w Trang, paradoksalnie dość odległym od oceanu. O wyborze wyspy Koh-Muk wyborze zadecydowała jej stosunkowa łatwa dostępność z lądu, a także możliwość taniego przemieszczania się między innymi wyspami – jej sąsiadkami z niewielkiego archipelagu. Poza tym naglił nas już czas – do granicy z Malezją było coraz bliżej.


koh_muk (1).jpg
Wyspy w pobliży Trangu

koh_muk_n (6).jpg
W drodze do przystani

Koh_muk (2).jpg
Przystań i nasza łódź

koh_muk_3.jpg
Na pokładzie

koh_muk_n (7).jpg
Koh Muk - widok z łodzi

Na wyspę dotarliśmy niemal w ekspresowym tempie.

Najpierw wzięliśmy pociąg do miasteczka znajdującego sie w połowie drogi na przystań.

Za miłą, czterdziestominutową przejażdżkę zapłaciliśmy, uwaga! - pięć bahtów, co w przeliczeniu na złotówki daje zawrotna sumę ok. czterdziestu pięciu groszy.

Z dworca tuk-tukiem (motorikszą) dotarliśmy do centrum, gdzie przesiedliśmy sie w tzw. sawngthaew – to tutejszy bardzo popularny środek transportu, coś w stylu małego samochodu dostawczego, przerobionego na prowizoryczny autobus, z drewnianymi ławkami po bokach.

Warunki surowe, ale to sprawdzony, szybki i tani sposób na przemieszczanie się na krótkich trasach.

Na miejscu okazało się, że cena za transport obejmuje także łódź, co nas niezwykle ucieszyło.

W ten oto sposób dotarliśmy na wyspę, płacąc zaledwie połowę tego, co życzą sobie pośrednicy w agencjach. Mieliśmy z tego powodu ogromną satysfakcję, to był dobry początek.

 

Wyspa z daleka prezentowała sie wspaniale. Łagodnie wyrastała z turkusowego oceanu, tworząc niezwykle subtelny i egzotyczny krajobraz.

Większość jej powierzchni stanowiły skaliste wzgórza pokryte gęstym lasem, które jednak na zachodnim brzegu ustępowały miejsca bajkowej plaży z białym piaskiem i strzelistymi plamami, sięgającymi wysoko w błękit nieba.

Na niewielkim obszarze tuż przy przystani rozciągała się malownicza rybacka wioska.

Tuż przy brzegu znajdował się szereg stojących na drewnianych palach domów, przypominających wyglądem rozpadające sie rudery. Panujący wokół chaos, na który składały się porozrzucane sieci, liny, schnące pranie oraz biegające wszędzie dzieci, psy i koty, tworzyły niezwykle urokliwy wyspiarski krajobraz.


koh_muk_n (14).jpg
Przystań na wyspie (w budowie)

koh_muk (12).jpg
Jak na szyldzie

Koh_muk (4).jpg
Parę migawek z wioski

koh_muk_n (15).jpg

Po krótkich oględzinach wioski i plaż znajdujących się w pobliżu, postanowiliśmy rozbić namiot w ogrodzie jednego z resortów wypoczynkowych. Urzekła nas ogromna huśtawka znajdująca się tuż przy brzegu oceanu, a także niesforne szczeniaczki bawiące się na piasku. Nie chcieliśmy zapuszczać się w głąb wyspy ani iść jej brzegiem razem z plecakami, bo tak naprawdę nie wiedzieliśmy jak nam sie tu spodoba i ile czasu tu spędzimy.

Nie zdziwię zapewne nikogo jeśli powiem, że byliśmy jednymi w tym czasie gośćmi.

Cóż, taki urok Tajlandii.

 

Po krótkim odpoczynku poszliśmy na spacer. Naszym celem była rajsko wyglądająca z łodzi plaża.

Rzeczywiście jej uroda powaliła nas nogi! Jedwabisty, miękki piasek, który subtelnie i delikatnie masował nasze stopy, rozciągał się na ponad kilometrowym odcinku. Lazurowy kolor oceanu cudnie współgrał z bielą piasku i zielenią palm. Błogość bijąca od tego miejsca odczuwalna była na każdym kroku. Niestety, wszystkie te cuda należały do ekskluzywnego resortu wypoczynkowego – eleganckiego, stylowego i niesłychanie drogiego! Cena bungalowa wraz ze śniadaniem wynosiła ok czterysta pięćdziesiąt złotych za jedną dobę! Pospacerowaliśmy sobie trochę po plaży, zrobiliśmy kilka fotek i poszliśmy dalej eksplorować wyspę z drugiej strony.

 

Koh_muk (5).jpg

Koh_muk (6).jpg

Koh_muk (7).jpg

Koh_muk (8).jpg

Koh_muk (9).jpg

Koh_muk (10).jpg

koh_muk (11).jpg

Wschodnie wybrzeże okazało się zupełnie inne. Na poznawaniu jego wielu odsłon spędziliśmy niemal cały  dwudniowy pobyt na wyspie.

 

Najpierw eksplorowaliśmy brzeg od strony lądu. Poranny odpływ odsłonił ukryte wcześniej skały i kamienie, które pozwoliły nam na długi kilkugodzinny spacer wzdłuż wschodniej ściany na granicy lądu i oceanu. Krajobraz zmieniał się za każdym zakrętem poszarpanej linii brzegowej.

 

Oczarowani wpatrywaliśmy się w wyłonione z wody pokręcone korzenie drzew namorzynowych, nie mogąc nadziwić się ich urodzie.

 

Lasy namorzynowe stanowią niezwykłą formację ziemno-wodną, która podczas przypływu zalewana jest wodą morską – widoczne są wtedy tylko korony drzew, a podczas odpływu odsłania się powierzchnia gruntu i tym samym całe drzewa z korzeniami. Mangrowia należą do najbogatszych i najbardziej złożonych ekosystemów Ziemi. Spełniają wiele istotnych ról w procesach biologicznych, między innymi, zatrzymują zanieczyszczenia spływające z lądu, przez co oczyszczają wody morskie i chronią przed szkodliwymi wpływami wrażliwe, przybrzeżne rafy koralowe.

 

Niesamowitą frajdą było wspinanie się po ogromnych głazach, przeskakiwanie przez skalne szczelinki, przedzieranie się przez powalone gałęzie drzew i brodzenie, nieraz po pas, we wodzie.

 

Z czasem jednak skalne ściany zaczęły się stawać coraz bardziej strome, a pokonywanie kolejnych przeszkód było coraz trudniejsze. Z niepokojem patrzyłam na ocean, który, jeszcze tak niedawno spokojny i szmaragdowy, z każdą minutą przybierał coraz groźniejsze oblicze. Szliśmy jednak dalej, mając nadzieję, że kolejny zakręt przyniesie lepszą drogę. Ale tak się nie stało – w pewnym momencie wyrosła przed nami pionowa, niemożliwa do zdobycia ściana. To niestety oznaczało – powrót.

 

W tym miejscu Adam postanowił zejść do wody i trochę ponurkować, żeby z bliska obejrzeć rafę koralową. Wskoczył do cudnie błękitnej wody i gorąco namawiał mnie do tego samego. I już prawie się zgodziłam, gdy nagle, w odległości metra od niego zobaczyłam wielką głowę gada z długim, syczącym językiem...

Naprawdę nie wiem dlaczego nie wpadałam w histerię, tylko spokojnym i nad wyraz opanowanym głosem powiedziałam mu, co widzę. Adam jednak sam poczuł bliską obecność dziwnego osobnika. Z prędkością światła opuścił wodę i wdrapał się na skały. Potem lekko przerażeni patrzeliśmy na taflę oceanu, która gdzieś tam kryła w sobie dwumetrowego warana, z którym jeszcze kilka chwil temu tak blisko Adama. Na takie wrażenia nie byliśmy przygotowani!

 

Droga powrotna była równie ekscytująca, a chwilami nawet – niebezpieczna. Woda w oceanie w ciągu zaledwie godziny podniosła swój poziom o kilkanaście centymetrów. Zerwał się niemiły wiatr i nagle też okazało się, że nie ma już większości skał, po których stąpaliśmy!

Przyjemny brzeg zamienił się w strome i groźne zbocze. Większość czasu brodziliśmy po szyję w wodzie, niektóre odcinki wymagały przepłynięcia kilku metrów, a inne wspinania się po śliskich ścianach. Gdy po dwóch godzinach intensywnej przeprawy doszliśmy do zwyczajnej plaży, byliśmy naprawdę szczęśliwi.

 

Zabezpieczyliśmy nasze torby w konarze jednego z drzew (na szczęście podczas tej przeprawy nie zamokły nam aparaty, a było naprawdę blisko!), i poszliśmy się wykąpać tak, jak staliśmy – w ubraniach i butach, które przecież i tak były mokre. Świeciło ostre słońce, a woda była tak przejrzysta, że widzieliśmy każdy najmniejszy kamyczek i muszelkę znajdującą się na pod naszymi stopami. Przeniknął nas niesłychany spokój oceanu, ciepło słońca, wody, szum wiatru. Położyliśmy się na tafli wody i tak trwaliśmy sobie przez kilka chwil, nic do siebie nie mówiąc.

 

Koh_muk (13).jpg

koh_muk (14).jpg

Koh_muk (16).jpg

koh_muk_n.jpg

koh_muk_n (1).jpg

koh_muk_n (2).jpg

koh_muk_n (8).jpg

koh_muk_n (9).jpg

koh_muk_n (10).jpg

koh_muk_n (12).jpg

koh_muk_n (13).jpg

Zachwyceni oceanem postanowiliśmy wypożyczyć kajak i przyjrzeć się wyspie z nieco innej strony.

Ciesząc się jak dzieci, obraliśmy poranny kierunek drogi, pragnąc zobaczyć jak sprawy mają się za  stromym brzegiem, którego nie udało nam się zdobyć podczas pieszego wspinania.

Ocean zachwycił nas ponownie, ale tym razem zupełnie inaczej!

Wodny świat znajdujący się tuż pod nami był tak niezwykły i odmienny! Urzeczeni wpatrywaliśmy się w rafę koralową, niezwykłe kolorowe ryby i wszystkie inne morskie cuda.

 

Początkowo chcieliśmy opłynąć wyspę, jednak szybko okazało się, że to nie takie proste. Do zapadnięcia zmroku dzieliły nas tylko dwie godziny, woleliśmy więc nie ryzykować i nie narażać się na powrót po ciemku.

Cieszyliśmy się z nieograniczonego dostępu do wody, z latających przed naszymi oczami ławic ryb (dosłownie fruwały!), z siebie, z słońca, z wiatru. To była – kolejna już tego dnia – magiczna chwila.

 

Jednak, jak to bywa w życiu, sielanka nie trwała zbyt długo.

W drodze powrotnej drastycznie zmieniła się pogoda, zerwał się silny wiatr, który przeobraził spokojny i łagodny dotąd ocean w szalejący żywioł. Ogromne fale rzucały nasz kajaczek na wszystkie strony. W pewnym momencie straciliśmy pióro jednego wiosła – źle przymocowane nie udźwignęło ciężaru wody. Płynąc pod wiatr, staraliśmy się być jak najbliżej brzegu, co nie było wcale taką łatwą sprawą, gdyż fale cały czas znosiły nas w przeciwnym kierunku. Bałam się. Adam – w ogóle. Jemu wręcz podobała się ta sytuacja – walczył z żywiołem i siłą mięśni udawało mu się go okiełznać.

 

W przypływie zachwytu nad mocą fal, Adam przymocował kajak do wystającej boi i po raz ostatni już tego dnia wskoczył do wody. Jednak tym razem o czymś zapomniał...

Wraz z tym skokiem utonęła jego ukochana, zielona Czapeczka. Na nic zdały się podwodne poszukiwanie – siła fal była tak ogromna, że zapewne w szybkim czasie zniosło ją daleko od nas.

 

Nieco przygaszeni wróciliśmy na wyspę, gdzie okazało się, że musimy zapłacić za zgubione pióro.

Tym niezbyt miłym akcentem zakończyliśmy pełen wrażeń dzień.

koh_muk_n (3).jpg

Koh_muk (17).jpg
Początek naszego spaceru

Koh_muk (18).jpg

koh_muk_n (4).jpg

Koh_muk (19).jpg

koh_muk (20).jpg

koh_muk_n (5).jpg
Jedno z ostatnich zdjęć czapeczki!

Noc była bardzo duszna, a głośny szum fal nie pozwalał nam spać.

W pewnym momencie wydawało mi się nawet, że woda zaraz wedrze się na nasze pole namiotowe i porwie nas do oceanu... Oczywiście tak się nie stało.

W końcu jakoś zasnęliśmy. Obudziło nas słońce i kolejny odpływ. Linia brzegowa przesunęła się po raz kolejny o dobre 50 metrów, a woda znów odsłoniła skały, kamienie i drzewa namorzynowe.

Niesamowity cykl!

 

Wzięliśmy poranny prom z powrotem na stały ląd i w ten oto sposób pożegnaliśmy się z wyspą.

Pobyt ten niestety kosztował nas trochę stresów w postaci straconych pieniędzy na wiosło i zaginionej czapeczki, ale spędziliśmy naprawdę niezwykle intensywny i ekscytujący czas.



  Bądź pierwszym który skomentuje
RSS komentarzy

Napisz komentarz
  • Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
  • *Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.
  • Zachowaj w pamięci treść jeżeli pomyliłeś kod.
Imię:
E-mail
BBCode:Web AddressEmail AddressBold TextItalic TextUnderlined TextQuoteCodeOpen ListList ItemClose List
Komentarz:



Kod antyspamowy:* Code
Chcę być powiadamiany emailem o dodaniu nowych komentarzy

 
Nasi patroni medialni
National Geographic Traveller npm magazyn turystyki górskiej Radio Merkury Onet.pl