|
"Welcome to jurassic park!" Tajlandia - park narodowy Khao Sok
Na trekking w dżungli czailiśmy się właściwie już od wjazdu do Laosu. Tyle że tam nasze plany zostały szybko zweryfikowane
przez twardą rzeczywistość - ceny zorganizowanych wędrówek okazały się trzy razy droższe niż te z przewodnika, więc z bólem serca musieliśmy wówczas zrezygnować z tej formy aktywności.
Jakiś oburzony zwolennik hardcoru mógłby w tym momencie zakrzyknąć: "Mięczaki! Po co płacić za trekking, skoro można spakować w plecak kompas, maczetę i zrobić sobie taki wypad samodzielnie? Przeżyć wielką przygodę bez gadającego mało zrozumiałą angielszczyzną przewodnika i wizyt w sztucznie naturalnych górskich wioskach, gdzie znudzone kobiety 4 raz w ciągu tygodnia udają, że pierwszy raz widzą białego i nie wiedzą co to aparat fotograficzny i łyżka!"
I pewnie miałby rację o tyle, że w Laosie - z tego co słyszeliśmy - większość trekkingów wygląda właśnie tak. Natomiast co do samej dżungli, to przyznajemy się bez bicia, że póki co brak nam doświadczenia i trochę obawialiśmy się iść w bój tak od razu, z marszu. Teraz, po wizycie w Khao Sok, wiemy już mniej więcej czego się spodziewać, tym bardziej, że mieliśmy też szczęście do przewodnika, który sprzedał nam sporo ciekawych informacji. Tak więc może kolejną dżunglową wycieczkę zrobimy sobie już we własnym zakresie. Może w Malezji, może w Indonezji. Zobaczymy.
A na razie krótka relacja z naszego pobytu w Khao Sok National Park. ![]() Ścieżka przez dżunglę
Może należałoby zacząć od tego, czy w ogóle są lasy deszczowe. W skrócie - są to wiecznie zielone lasy pełne wysokich drzew,
występujące w ciepłym klimacie na obszarach charakteryzujących się dużą
ilością opadów. W niektórych z tych lasów dzienna suma opadów może
wynieść kilka centymetrów.
My akurat jesteśmy w Tajlandii w czasie, kiedy opady są nieco mniejsze - dlatego, wg niektórych źródeł, dżungla w tym kraju nie zalicza się do lasów równikowych (gdzie z zasady pada niemal codziennie), a do monsunowych, gdzie istnieje roczny cykl opadów uzależniony od kierunku wiania i siły monsunów. Lasy deszczowe występują w Afryce, Azji (archpelag malajski), Australii oraz w Ameryce Środkowej i Południowej. Największym z lasów deszczowych jest dżungla amazońska. ![]() Cykada
Do samego parku docieramy stopem z Laem Som National Park. Jak to w Tajlandii - maksymalny czas oczekiwania na chetnego kierowce to jakies 10-15 minut. Czyli cudownie. Jedziemy w sumie 4 samochodami, w tym 3 razy z tylu, na otwartej pace. Ten wiatr we wlosach - rewelacja. No i wszystko zupelnie za darmo.
Pierwsi turysci, ktorych spotykamy po opuszczeniu paki, okazuja sie Polakami. Przemierzamy z nimi 3 km dzielace droge Takuapa - Surat Thani od glownego wejscia do parku. Wymieniamy doswiadczenia, sympatycznie. Oni przyjechali tu na wycieczke na sloniach, my - na trekking, wiec nasze plany sie nie pokrywaja, ale zawsze milo porozmawiac po polsku. ![]() Raflesia - jeden z najwiekszych kwiatow swiata ![]()
Przy wejsciu do parku nasze drogi rozdzielaja sie. Kupujemy bilet za 200 B od osoby (w tym momencie troche zalujemy, ze w Bangkoku na Khao San nie wyrobilismy sobie lewych legitymacji studenckich ISIC, bo studenci placa tylko 100 B), rozbijamy namiot i ruszamy na rekonensans. Po rozmowie w Visitor Centre wiemy juz na pewno, ze na spacer dluzszy niz 2 km potrzebujemy przewodnika. Wlasciwa (jak nam sie zdaje) osobe znajdujemy po kilkunastu wizytach w dziesiatkach rozmaitych biur orgaznizujacych atrakcje na terenie parku. Jest to sympatyczny, drobny Taj, ktorego kwatera obwieszona jest zdjeciami z rozmaitych wypraw. Rozmowa z nim jest ciekawa - od razu na wstepie dowiadujemy sie paru ciekawostek, a cena (po negocjacjach) tez jest w miare znosna - 800 B od osoby za caly dzien marszu. Start - nazajutrz o 8.00.
![]()
Co mozna powiedziec o samym treku? Meczacy, ale naprawde fajny. Najpierw ostre podchodzenie pod gore do stanowiska jednego z najwiekszych na swiecie kwiatow - Raflezji, potem klimatyczny marsz przez dzungle przyprawiany opowiesciami naszego przewodnika o 9 metrowych pytonach i tylko troche mniejszych kobrach krolewskich (ktore ponoc pluja jadem na 2 metry przed siebie), wreszcie wedrowka korytem rzeki i orzezwiajaca kapiel pod pieknym wodospadem. Warto bylo sypnac kasa, tym bardziej ze nieczesto pozwalamy sobie na takie atrakcje. Ogolnie same plusy. Jedynym minusem byla wysypka, ktora pojawila sie na nogach Natalki 24 h po opuszczeniu Khao Sok - prawdopodobnie od kontaktu z jakas roslina. Mnie uzarla pijawa. Bolalo i swedzialo, ale w koncu przestalo i teraz mamy w pamieci same dobre wspomnienia. Ostrzymy sobie zeby na wedrowke po parku Taman Negara w Malezji. Pijawki pewnie tez ostrza.
![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]()
|
||||||||







































Bądź pierwszym który skomentuje




