|
Zegnajcie gory, witajcie gory
Kirgistan - dziennik podrozy Natalii Myszkowskiej
Czas trwania: 29.09-18.09.2009 r.
Sklad: Adam, Wiciu, Natalia
Niemile zlego poczatki (29.08.2009 r.)
To byla cholerrrrnie meczaca podroz! Droga z Murghabu wiodla przez wysokie i trudne do przebycia przelecze. Same dziury, kamienie, wyboje, ostre zakrety, spady i strumienio-rzeki przecinajace droge. Bylo ciasno, zimno, glosno i strasznie mi sie dluzylo! W uaziku w ktorym jechalismy, siedzialo siedem osob ?z tylu, scisnieta do granic mozliwosci nasza czworeczka (wtedy jeszcze byla z nami Sylwia), z przodu kierowca i jeszcze dwie osoby. Dopiero w Azji przekonalam sie, ile osob moze sie pomiescic w jednym samochodzie! Podczas drogi uzmyslowilam sobie rowniez, ze czasem lepiej nie patrzec na mape, nie liczyc kilometrow i nie szacowac odleglosci. Niestety popelnilam ten blad. Sciskajac kurczowo mape sledzilam kazdy wolno przejechany odcinek drogi i odwrotnie proporcjonalnie do szybkosci z ktora sie przemieszczalismy, zalewala mnie fala rozpaczy. W pewnym momencie uczucia wyzsze, jak piekno i zachwyt nad mijanymi gorskimi krajobrazami, zostaly brutalnie wyparte przez bol posladkow i plecow, tony kurzu w oczach i nosie, a takze nieprzyjemny, panujacy w samochodzie zaduch.
Mialam serdecznie dosyc gor! Tymczasem przekraczajac granice kirgiska znalezlismy sie w zupelnie innym niz Pamir pasmie gorskim. Przyroda nagle jakby zlagodniala ?zrobilo sie zielono, pojawily sie stada koni i charakterystyczne dla Kirgistanu jurty, czyli specjalne namioty dla pasterzy. Po 12 godzinach jazdy dotarlismy w koncu do Osz.. Bylam wyczerpana.

Zupelnie inne gory
Osz - witamy w cywilizacji (29.08-1.09.2009 r.)
Rekomendowany w przewodniku Lonely Planet hotel okazal sie milym, schludnym i przystepnym cenowo miejscem. Postanowilismy zostac tu kilka dni, by zregenerowac sily po trzytygodniowym spartanskim pobycie w Tadzykistanie. Widzac lozko z materacem i posciela, a takze normalna lazienke z ubikacja i prysznicem, autentycznie poplakalam sie ze szczescia. Cieszylam sie jak dziecko z 24-godzinnego dostepu do pradu, mozliwosci zrobienia prania i cieplej wody (choc teraz juz nawet zimna mnie uszczesliwia, bo pozniej zdarzaly sie nam dni bez dostepu do jakiejkolwiek wody).
Osz to duze i nowoczesne miasto. Maja tu nawet supermarkety z tymi samymi co w Polsce produktami. Kupilam sobie wreszcie pomadke ochronna na swoje suche i spierzchniete usta. Bylam zachwycona mozliwoscia dokonania tak luksusowego i niedostepnego w Tadzykistanie produktu. Ludzie wygladaja tu nieco inaczej, bardziej nowoczesnie i europejsko. Kobiety nosza modne ubrania ?dzinsy i sukienki. Nie wszystkie tez zakrywaja swoje wlosy chustkami. Niemal kazdy nosi tu oryginalne podrobki firmowych ubran - Gucci, Dolce Gabana, Diesel, Adidas... marki az raza po oczach swoja iloscia, wielkoscia i tandetnoscia.
W Osz bardzo podobal mi sie bazar, chyba najwiekszy jaki do tej pory widzialam. Zachwycil mnie tysiacem roznorodnych produktow, setkami kolorow, nowymi egzotycznymi zapachami i smakami. Sa tu poszczegolne sekcje z ubraniami, butami, warzywami, owocami, bakaliami, kolyskami, maszynami do szycia, srubkami, gwozdziami, lepioszkami, czyli okraglym, plaskim chlebem powszechnie dostepnym w Azji Centralnej. Mozna kupic tu naprawde wszystko! Pierwszy raz jadlam swieza fige i urzekl mnie smak jej slodkiego, przyjemnego miazszu. Jedzenie strasznie nas kusilo, ale po jeszcze tak niedawnych problemach zoladkowych postanowilismy raczej nie eksperymentowac.
Wykorzystalismy takze dobrodziejstwo dostepu do Internetu. Uaktualnilismy stronke i nadrobilismy zaleglosci mailowe.
Ciezko bylo mi opuszczac te luksusy, jednak pierwszej nocy strasznie pogryzly mnie pchly, ktore nie dawaly mi zyc takze przez reszte pobytu, wiec byl to chyba najwyzszy czas zeby ruszac dalej.
Czekala nas kolejna przeprawa przez gory, a potem jeszcze wiele innych. Ale coz, Kirgistan to w ponad 90 procentach gory, nie moglam zatem liczyc na inna rzezbe terenu.
Probowalam wskrzesic w sobie entuzjazm, ale naprawde - nie potrafilam.
Autostopem do Karakolu (1-5.09.2009 r.)
Dzis mija miesiac odkad wyruszylismy. Mysle o Jasiu, ktory rozpoczyna trzecia juz klase gimnazjum i o Poli, ktora za 2 miesiace urodzi sliczne dziecko... Teskno mi za Wami wszystkimi!
Wychodzac dzis poza Osz, mijalismy odswietnie ubranych uczniow. Wszystkie dziewczynki nosza tu niesamowicie wielkie, biale kokardy upiete we wlosach, i to niezaleznie od wieku. Uroczo to wyglada.
Pozniej tez dowiedzielismy sie, ze galowy ubior to codzienny obowiazek wszystkich uczniow w Kirgistanie. Hmm, ciekawa jestem, jak czulby sie Jasiu ubierajac kazdego dnia do szkoly mundurek...
Nie wiem jak Adam to robi, ale jest niezwykle skuteczny w lapaniu stopa ?wystarczy chwila i juz mamy transport. Ludzie sa tu naprawde serdeczni i entuzjastycznie reaguja na turystow ?autostopowiczow. Ucieszylo mnie to ogromnie! Poznym popoludniem rozbilismy namiot w niesamowitym kanionie, nad potokiem u podnoza gor. Adam wymyslil, ze pod drugiej stronie rzeki jest znacznie lepsze miejsce na biwak, wiec musielismy przeprawic sie przez rwaca wode, co bylo nie lada wyczynem. Jej sila byla tak ogromna, ze z trudem utrzymywalam rownowage. Ale udalo sie.
Wieczorem rozpalilismy ognisko, zjedlismy pyszna zupe z makaronem i szczesliwi poszlismy spac.
Nocleg nad dzika rzeka
Przeprawa
Poranna toaleta nieco mnie przerazila - przez noc nasza rzeka zmienila kolor z niebieskiego na brunatny i znacznie poszerzyla koryto, jej sila ulegla co najmniej potrojeniu. Coz, musielismy jednak jakos sie przez nia przeprawic - choc szlam bez plecaka i mocno trzymalam Adama za reke, nie uniknelam zamoczenia. Chlopacy natomiast byli zachwyceni i zaraz po przeniesieniu plecakow rzucili sie z powrotem do wody, dajac poniesc sie jej nurtowi.
Kolejne dwie noce spedzilismy rowniez w poblizu rzek, ale obylo sie juz bez wiekszych stresow. Mielismy tez ogromne szczescie do lapania kamazow i innych duzych samochodow, tym bardziej ze glowny ruch samochodowy odbywa sie zupelnie inna droga (nie przez gory).

Tien-Shan w okolicach Kazarmanu
Gory Tien-Shan, w ktore wjechalismy sa ogromnie malownicze i bardzo roznorodne - ich formacje przybieraja niezliczona ilosc ksztaltow i kolorow. Sprawiaja wrazenie przyjaznych, dostepnych i mozliwych do zdobycia. W gorach zauwazylismy tez pierwsze oznaki nadchodzacej jesieni - czesciej padal deszcz, noce zrobily sie znacznie chlodniejsze, a liscie drzew jak za dotknieciem czarodziejskiej rozdzki zmienily kolor z zielonego na zolty.
Widoki z trasy przez gory
Po trzech dniach przeprawy dotarlismy do miasta Naryn. Chcielismy wyjsc jak najszybciej poza jego granice, rozbic sie w jakims milym miejscu, a z rana kontynuowac podroz. Niestety, plan ulegl zmianie, bo: po pierwsze Naryn okazal sie droga przez meke. Poczatkowo biednie i skromnie wygladajaca miejscowosc z kazdym przebytym kilometrem coraz bardziej zmieniala sie w calkiem duze miasto. Po szesciu kilometrach marszu wciaz znajdowalismy sie w jego obrebie! Myslalam, ze zwariuje. Po drugie tego dnia okrutnie ciazyl mi plecak, bylam zmeczona i znuzona, a to cholerne miasto ciagnelo sie w linii prostej chyba z 10 kilometrow!!! No i nie chcialo sie skonczyc.
Naryn - poczatek
W pewnym momencie zatrzymal sie obok nas samochod, z ktorego wysiadl mlody, elegancki mezczyzna i plynna angielszczyzna zaproponowal nam bezplatny transport. I to gdzie? Do samego Karakolu, do ktorego planowalismy dotrzec najwczesniej za 5 dni! Oczywiscie przyjelismy te nie-do-odrzucenia propozycje i wsiedlismy do czystego, pachnacego samochodu, gdzie przez szesc godzin rozmawilismy o kirgiskiej kulturze, polityce i atrakcjach kraju.
Nasz kierowca, Almaz, przez kilka lat pracowal w branzy turystycznej, dlatego doskonale znal problemy turystow i chcial nam po prostu bezinteresownie pomoc. I pomogl, nawet bardzo.
Po drodze mijalismy Issyk-Kul - niesamowite jezioro, bedace jedna z glownych atrakcji Kirgistanu. Choc bylo juz ciemno, ogromna tafla wody przypominajaca raczej morze niz jezioro, zrobila na nas ogromne wrazenie.
Podroz z Narynu do Karakolu byla czysta przyjemnoscia, najwygodniejszym jak dotad autostopem, ktory na dodatek sam nas zlapal.
Karakol przywital nas jesiennym deszczem i chlodem. Zalogowalismy sie w hostelu Tukiestan Yurt Camp, gdzie istnieje mozliwosc biwaku za drobna oplata. Bylam troche przerazona ?zimnem, deszczem i ciemna noca, jednak szybko rozbilismy namiot, wypilismy goraca herbate i nawet sie nie spostrzeglam, kiedy zasnelam.
Karakol
Karakol, trekking w gorach (5.10.2009 r.)
Deszcz nie przestawal padac przez kolejne dwa dni. Pospacerowalismy troche po miescie, ktore ?przyznam sie, nie zachwycilo mnie swoim klimatem. Jest stosunkowo duze, pelne kaluz, trabiacych samochodow i turystow. Jednak jest to glowna w tym regionie baza wypadowa do wypraw trekkingowych. W koncu w tym celu tu przyjechalismy. Adam kupil dokladna mape gor, zaplanowal trase, ale isc tylko po to zeby zmoknac i zmarznac? Nie podobal mi sie ten pomysl, jednak niedosyt Adama po niespelnionej gorskiej wyprawie w Tadzykistanie byl tak ogromny, ze byl on gotow to zrobic. Zacinajacy deszcz przerazal mnie coraz bardziej, martwilam sie ze namiot nie udzwignie takiej ilosci wody...
Ale stal sie cud! Nastepnego dnia obudzil nas swiergot ptaszkow i przepiekne slonce. Okazalo sie, ze Karakol ze wszystkich stron otoczony jest pieknymi, wysokimi gorami, ktorych widok zapiera dech w piersiach. W obliczu takich okolicznosci przyrody nie moglam sie juz dluzej opierac. Zrobilismy zakupy, przepakowalismy plecaki i okolo poludnia bylismy juz na szlaku. Adam rozplanowal trekking na trzy dni marszu i dwie noce pod namiotem. Bylam podekscytowana. Poczatkowo szlismy wzdluz rzeki, droga przeznaczona dla pojazdow z napedem na cztery kola. Delikatnie i stopniowo wspinalismy sie w gore.
Po 5 godzinach marszu dotarlismy do pierwszej bazy i tam postanowilismy rozlozyc oboz.
Bylo mi chlodno i glodno. W czasie kiedy Adam rozbijal nasz wspolny tym razem namiot, Wiciu cudem rozpalil ognisko z mokrego drewna. W pewnym momencie zrobilo mi sie tak zimno, ze ubralam na siebie wszystkie rzeczy jakie mialam: cztery pary spodni, cztery pary skarpet, szesc dlugich rekawow wlacznie z kurtka, i czapke. Weszlismy wszyscy w cieple spiworki i tak minela nam pierwsza lodowata noc.
Pierwszy nocleg
Kolejny dzien przyniosl ladna, sloneczna pogode, ale tez duzo wiekszy stopien trudnosci. Wspinalismy sie ponad osiem godzin, na wysokosc 3660 m npm. Przyznam sie, ze nigdy w zyciu nie weszlam tak wysoko jak tego dnia! Najpierw przedzieralismy sie przez gesty dzunglowaty las, potem wedrowalismy po zielonych polankach i halach, az w koncu doszlismy do pietra skalnych turni. Pogoda zmieniala sie wraz z wysokoscia ?od wiosennego chlodku przez koszulke z krotkim rekawem (lato!), az do przejmujacego, klujacego w twarz i rece zimna. Mimo wczesniejszych ostrzezen Adama jakos do mnie wczesniej nie docieralo, ze naprawde przyjdzie mi wspinac sie po skalach i brodzic gleboko w sniegu. Droga byla naprawde stroma i chwilami wrecz niebezpieczna.
W koncu dotarlismy do przepieknego, blekitnego jeziora Alla-Kul. Kolejne dwie godziny szlismy wzdluz jego brzegu, ciagle jednak wspinajac sie wyzej i wyzej. Okolo 18.00 zdobylismy nasza przelecz. Po drodze spotkalismy parke z Wroclawia, ktora poznalismy miesiac wczesniej w Uzbekistanie. Jakaz ta Azja mala, pomyslalam. Wymienilismy sie informacjami na temat warunkow panujacych na szlaku (oni szli ta sama trasa, ale zaczynali z innej strony). To co nam powiedzieli, nie napawalo optymizmem ?przed nami do miejsca, gdzie ewentualnie mozna rozbic namiot, byl jeszcze dlugi marsz. Robilo sie coraz pozniej i ciemniej. Adas pocieszal mnie co chwile gdy wpadalam w zaspy: jeszcze troche, juz niedaleko. Ale oczywiscie bylo jeszcze duzo i daleko. Snieg nie ustepowal, mielismy mokre buty i spodnie, ale bylo mi juz wszystko jedno. Chcialam tylko znalezc kawal w miare plaskiej ziemi, w miare mozliwosci bez sniegu, rozbic namiot i isc spac. Schodzilismy w dol ponad dwie godziny. W pewnym momencie Adam zarzadzil rozlozenie obozu - nie bylo za plasko, ale nie bylismy juz w stanie isc dalej. Niestety nie mialam juz tyle suchych ubran co wczoraj, wiec ilosc warstw na mnie zmniejszyla sie o jedna pare spodni i dwie pary skarpet. Wypilismy zupe i poszlismy spac, tulac sie jedno do drugiego.
Widok o poranku zrekompensowal nam nocne zimno i niewygody. Otaczaly nas przepiekne gory, w dole widac juz bylo rzeki i stada owiec. Wiciu nie schowal wczoraj do namiotu swoich kompletnie przemoczonych butow i po wyjsciu na zewnatrz z lekkim przerazeniem odkryl, ze pokrywa je calkiem spora warstwa lodu. W nocy musialo byc okolo minus 5 stopni.
Poranek
Kolejne kilka godzin zajelo nam zejscie do najblizszej doliny. Do teraz zastanawiam sie, co jest lepsze: wspinanie sie po stromych zboczach czy schodzenie ze stromych zboczy. To drugie zdaje sie byc latwiejsze, ale w rzeczywistosci wymaga wiekszego skupienia i rozwagi.
Przyroda i gory lagodnialy z kazda mijajaca godzina. Najpierw pojawily sie konie, potem drzewa, a w koncu las i krowy. W koncu znalezlismy sie w sielankowej dolince ?wydawalo mi sie, ze jestesmy juz tak nisko i blisko drogi do domu... Wydawalo mi sie.
Od naszej parki wroclawiakow dowiedzielismy sie o mozliwosci skorzystania z goracych zrodel. Skalno-betonowa wanna ukryta byla tuz przy korycie rwacej rzeki. Poczatkowo nie chcialam sie kapac, ale Adam w dosc brutalny sposob mnie do tego zachecil. I nie zaluje.
Po odprezajacej przerwie zjedlismy przepyszny obiad w przydroznej ni to pasterskiej chacie, ni to restauracji, i ruszylismy w powrotna droge do Karakolu. Nie zdawalismy sobie jednak sprawy, jak wysoko wciaz jeszcze jestesmy i ile czasu potrzeba na zejscie. Fuksem jednak zlapalismy stopa - wielki, obladowany do granic mozliwosci Kamaz zjezdzal z gor do miasta. Wgramolilismy sie na pake i przez kolejne dwie godziny doswiadczalismy ekstremalnego zjazdu po stromych zboczach. Musialam sie mocno trzymac, bo co chwile podskakiwalam na kilkanascie centymetrow w gore. Biedne owieczki znajdujace sie tuz obok mnie rownie dotkliwie odczuwaly te podroz. W pewnym momencie uswiadomilam sobie, ze ja sama siedze na jeszcze jednej owcy, tyle ze przykrytej jakims kocem i bez glowy. Tej przynajmniej nie dokuczaly niedogodnosci drogi.
Poznym wieczorem dotarlismy do naszego hostelu - opaleni, zmeczeni i pelni wrazen. Trekking sie udal!
Na pace Kamaza
Issyk-Kul (10.09.2009 r.)
Issyk-Kul to ogromne, piekne, krystalicznie czyste i nigdy niezamarzajace jezioro. Jego calkowita dlugosc wynosi niemal 200 km, szerokosc dochodzi do 58 km, a najwieksza glebia mierzy ponad 700 m ponizej tafli wody. Kirgizi sa bardzo dumni ze swojego jeziora, ktore kazdego roku przyciaga tysiace turystow z Kazachstanu, Rosji i - coraz czesciej - takze z Europy. Nad polnocnym, znacznie bardziej komercyjnym brzegiem, znajduja sie ekskluzywne kurorty i osrodki, a takze widowiskowe, piaszczyste plaze. My jednak zdecydowalismy sie na zwiedzenie strony poludniowej - bez porownania bardziej dzikiej i kameralnej. Spedzilismy nad jeziorem jedna przemila noc, a Adam i Wiciu odwazyli sie nawet na kapiel po zachodzie slonca, twierdzac ku mojemu niedowierzaniu, ze woda wciaz jest ciepla. Przejrzystosc Issyk-Kulu naprawde robi niesamowite wrazenie. Magiczne miejsce, godne polecenia.
Nad Issyk-Kulem
Po opuszczeniu Karakolu zauwazylismy niemila dla nas tendencje - platny autostop. Kierowcy zatrzymywali sie ochoczo, ale za kazdym razem oczekiwali konkretnej sumy pieniedzy. Probowalismy ominac ten proceder, ale niestety nie udalo sie. Chociaz trzeba uczciwie powiedziec, ze inkasowane kwoty byly naprawde niewielkie. W taki oto sposob dojechalismy ponownie do Narynu, ktory znajdowal sie na naszej drodze do chinskiej granicy na przeleczy Torugart.
W strone Chin (12-18.09.2009 r.)
Platny autostop sprawil, ze moj entuzjazm do Kirgistanu nieco oslabl. Wiekszosc kierowcow chciala rozmawiac o pieniadzach - ile zarabia sie w Polsce, ile co kosztuje, skad my mamy pieniadze na podroz. Konwersacje te byly dosc meczace i denerwujace. Turystow postrzega sie tu zazwyczaj jako osoby majetne - na nic zdaly sie nasze tlumaczenia, ze na nasz wyjazd musielismy przeciez ciezko i dlugo pracowac.
Mala przygoda podczas lapania stopa
Drugi juz pobyt w Narynie zadzialal mi na nerwy rownie mocno, jak pierwszy. Utknelismy tu na ponad piec godzin, dramatycznie wypatrujac ciezarowek zmierzajacych w strone granicy. Dopiero potem dowiedzielismy sie, ze przyczyna braku ruchu lezy w zamknietym przez weekend przejsciu granicznym. Udalo sie nam jednak przeprawic przez pierwsza na drodze do granicy przelecz i trafic do osobliwego hoteliku prowadzonego przez przedsiebiorcza i zaradna kobiete o imieniu Bula. Stacja benzynowa i jeden duzy budynek bedacy jednoczesnie restauracja, sklepem, hotelem i domem wlascicielki, skladaly sie na przedziwny kompleks, w ktorym przyszlo nam spedzic sobote i niedziele. Bula byla nami zachwycona - jedlismy u niej sniadania i obiadokolacje, kupowalismy smakolyki, spalismy w hotelu. Jedyne czego nie robilismy, to nie tankowalismy paliwa. Niezwykle tanie i smaczne posilki wymagaly jednak od nas nie lada cierpliwosci - przecietny czas oczekiwania na cokolwiek, lacznie z herbata, wynosil srednio okolo godziny.
Bula bardzo przejela sie naszym losem i zapewniala, ze poniewaz zna wszystkich kierowcow, ktorzy zatrzymuja sie u niej na posilek, na pewno ulokuje nas w jednej z ciezarowek jadacych do Chin.
Poniedzialkowy ranek przywital nas, jak na zlosc, brakiem ciezarowek, mimo ze wczesnym switem, jeszcze przed naszym sniadaniem, przejechalo ich obok nas cale mnostwo. Jednak w pewnym momencie nasza gospodyni niespodziewanie wybiegla z budynku i poprzez parking i row oddzielajacy go od drogi wtargnela na jezdnie prosto przed nadjezdzajacego wlasnie TIRa. Trudno mi opisac ten dramatyzm biegu w bucikach na obcasie...
Czekajac na stopa
Bula zrealizowal swoja obietnice. Dodatkowo tego ranka nie musielismy juz placic za sniadanie i hotel. Wycalowala nas - kazdego po kolei i w ten sposob opuscilismy to w gruncie rzeczy sympatyczne miejsce. Nasz kierowca niestety nie jechal bezposrednio do granicy - wysadzil nas obok przydroznego baru, gdzie znowu utknelismy na kilka godzin. Tym razem bylo juz jednak nieco skromniej - barak bedacy tylko domem i knajpka. Nuda i masakra. W koncu jeden kierowca zdecydowal sie nas zabrac - nie mial co prawda warunkow do przewozu tylu osob, ale zzipowalismy sie jakos i w ten sposob ruszylismy w droge. Nasz dobroczynca nazywal sie Wiktor Olszanski - jego dziadek byl Polakiem z Kazachstanu, ale on sam nie znal juz ani jednego slowa po polsku i sam siebie uwazal za Rosjanina. Samochod, ktorym przyszlo nam jechac byl do granic mozliwosci obladowany zlomem - kierowcy ciezarowek wwoza do Chin zlom, ktory jest narodowym towarem eksportowym Kirgistanu, a wracaja z roznego rodzaju tandeta, ktora z kolei jest narodowym towarem eksportowym Chinczykow.
Entuzjazm spowodowany tym, ze w koncu jedziemy, minal mi dokladnie po 5 minutach. Poruszalismy sie ze srednia predkoscia 10 km/h. Mialam do polowy zgieta szyje, podkurczone w dramatyczny sposob nogi, po prawej stronie zar bijacy z komina samochodu, a po lewej spoconego i palacego papieros za papierosem Wiktora. Obok w pozycji lezaco-schylajaco-embrionalnej znajdowal sie Adam, a tuz za nim siedzaco-kucajacy Wiciu. W taki oto sposob minelo nam szesc godzin, w czasie ktorych przejechalismy okolo 50 km i to tyle, co mam na ten temat do powiedzenia.
Okolo polnocy zatrzymalismy sie dokladnie posrodku niczego. Jak sie jednak pozniej okazalo, w poblizu znajdowal sie barak, gdzie zjedlismy kolacje i spedzilismy noc. A rankiem, z krwawiacym sercem znow zajelismy miejsca w naszej ciezarowce i po kolejnych trzech godzinach (i okolo 40 km, wow, rekord) znalezlismy sie w koncu przy kirgiskim posterunku granicznym na przeleczy Torugart. Oczami wyobrazni widzialam nas juz w Chinach, a dokladniej w Kaszgarze, w jakims milym wygodnym hoteliku. Obawialismy sie jednak troche, czy Chinczycy nas wpuszcza, bo w Lonely Planet przeczytalismy, ze to przejscie przeznaczone jest jedynie dla ciezarowek i zorganizowanych wycieczek turystycznych z przewodnikiem i kierowca. Gleboko jednak wierzylismy, ze nam sie uda.
Ale sie nie udalo.
Coz, z plastikowymi usmiechami na twarzach pozegnalismy sie z Wiktorem, przeszlismy na druga strone drogi i zaczelismy lapac stopa w kierunku, z ktorego przed chwila przyjechalismy, do drugiego przejscia granicznego Kirgistan Chiny w Erkeshtam, po drugiej stronie gor.
Torugart
Na szczescie po kilkunastu minutach udalo sie nam zatrzymac samochod, tym razem osobowy, i trase, ktora z Wiktorem i jego zlomem robilismy przez dziewiec godzin, tym razem przejechalismy w nieco ponad dwie. Oj, bolala nas ta porazka przez dlugi czas. Mielismy teraz dwie mozliwosci ?albo ponowna trase przez gory, na ktora trzeba by znow liczyc ze 3-4 dni, albo znacznie dluzsza, ale w rzeczywistosci duzo szybsza droge przez Biszkek.
Zdecydowalismy sie na opcje nr dwa. Po kolejnym noclegu u Buly i trzeciej juz wizycie w ulubionym przez nas Narynie, zapakowalismy sie do busika i pomknelismy w strone stolicy. W sumie ten etap podrozy zajal nam ponad 17 godzin non stop.
W Osz szybko zlapalismy ciezarowke jadaca bezposrednio na granice - nowa, wygodna, czysta, z wciaz ofoliowanymi siedzeniami. Bylam naprawde zachwycona.
Tym razem jednak nieco krocej niz w samochodzie Wiktora, bo juz po 10 sekundach od wejscia uslyszalam dziwnie niepokojacy i powtarzajacy sie rytmicznie dzwiek "bip". Hmm, pomyslalam, moze to niezapiete pasy albo kontrolka wskazujaca na jakas chwilowa awarie. Przez pierwszych kilka minut czekalismy na jakakolwiek reakcje kierowcy, ale sie nie doczekalismy.
Dzwiek "bip" w odstepach sekundowych nieprzerwanie wiercil nam dziure w mozgu i systematycznie, do granic mozliwosci i Kirgistanu wykanczal nasz uklad nerwowy. Nie wiedzialam jeszcze, ze bede znosic ten dzwiek przez najblizsze dziesiec godzin, i ze bede w stanie to wytrzymac. Ale jakos wytrzymalam.
Piekna i gladka droga, ktora prulismy od Osz, szybko zamienila sie w wyboje, kamienie, dziury i inne, dobrze znane nam atrakcje drogowe. Nasz kierowca nie zwazal na przeszkody i z niesamowita jak na jakosc nawierzchni predkoscia pokonywal kolejne kilometry. Bylam pelna podziwu dla jego umiejetnosci.
W samochodzie Wiktora
W polowie drogi doszlo do zmiany - ojca za kierownica zastapil 22-letni syn, ktory okazal sie jeszcze lepszym rajdowcem. Droga do Erkeshtam byla najgorsza sposrod wszystkich, jakimi do tej pory sie poruszalismy. Kazdy metr byl tortura i meka. Bylam pewna, ze doszlo we mnie do permanentnego przemieszczenia sie wszystkich organow i ze za chwile zaczne pluc jelitami. Koszmarrrna trasa!
W nocy dotarlismy w poblize granicy. Kierowca ulokowal nas u swojej znajomej, w kolejnym juz dla nas baraku robiacym za pseudo-hotel. Rankiem, juz pieszo, udalismy sie w strone gigantycznej kolejki oczekujacych na wyjazd ciezarowek.
No i udalo sie tym razem. Mijajac kolejne bramki i przechodzac przez niekonczace sie kontrole w koncu znalezlismy sie w Chinach!
Och, to byla druga i meczaca przeprawa. Jednak z kazdym przejechanym krajem uswiadamiam sobie, ze jestem w stanie wytrzymac i zniesc wiecej, niz moglam sobie kiedykolwiek wyobrazic.
Do czego to mnie doprowadzi? Zobaczymy niebawem.
Natalia Myszkowska / www.jaknajdalej.pl
W koncu w Chinach!
My :-)
|
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- *Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.
- Zachowaj w pamięci treść jeżeli pomyliłeś kod.
| |