|
ZABYTKI POSROD PUSTYNI
Uzbekistan (09-16.08.2009 r.) Autor: Adam Po rozgoraczkowanej, metropolitarnej Moskwie, pelnej wysokich budynkow, zagonionych ludzi i niemal wyczuwalnego w powietrzu wielkomiejskiego stresu, Samarkanda jawi sie nam jako oaza spokoju, usmiechu i sympatycznego luzu. Jak to mawia Natalka, uff. Oaza Samarkanda jest zreszta naprawde, podobnie jak wiekszosc miast centralnego i zachodniego Uzbekistanu, otoczonych przez nacierajace pustynie i polpustynie. Niemniej po pierwszym „uff”, pelnym ulgi, Samarkandzie nalezy sie jeszcze „uff” nr 2, tym razem rodem z Brzechwy: uff, jak goraco. Oaza jak to oaza, jest cien i woda, ale upal taki sam jak wszedzie wokolo. Odczuwamy to zaraz po wyjsciu z samolotu, kiedy w promieniach rozzarzonego, choc niby grzecznie chylacemu sie ku zachodowi slonca kroczymy po nagrzanej plycie lotniska w strone malenkiego terminalu odpraw. Reszta lotniska w budowie. Jest to zreszta zjawisko charakterystyczne dla calego miasta – wszedzie ktos cos drazy, rozkopuje, buduje i odnawia. Myslelismy poczatkowo, ze to moze jakis wielki proces naprawczy po niedawnym kataklizmie typu trzesienie ziemi, ale ktorys z taksowkarzy wyjasnil nam, ze oni – miejscowi, po prostu tak maja: czy jest zle, czy jest dobrze, remoncik musi byc. Taka natura. Juz kurs taksowka do centrum jest namiastka przygody – nasz kierowca ma na imie Charlo i teoretycznie na kursie z nami stracil wlasnie 450 rosyjskich rubli (rownowartosc 45 PLN). A to dlatego, ze po pierwsze nasze wizje na temat kantoru na lotnisku okazaly sie niczym innym jak fatamorgana (nawet kibelka zadnego chyba tam nie bylo) i jestesmy w stanie placic tylko w walucie carow i rewolucjonistow, a po drugie Charlo za swoja usluge zazyczyl sobie wstepnie 200 rubli od osoby. Skonczylo sie na 150 rublach za wszystkich, ale nasz szofer jakos nie wyglada na zmartwionego i gadajac wesolo w lamanym rosyjskim wiezie nas przez szerokie ulice swojego miasta. ![]() Guesthouse „Bohodir” Po 10 minutach szerokie ulice sie koncza i wjezdzamy w labirynt czegos, co z trudem zasluguje chocby na miano chodniczka. Szerokosc: akurat zeby otworzyc drzwi samochodu, bo po bokach tuz tuz sciany, drzwi i okna pietrowych, pobielanych domkow, a na dokladke jeszcze przez srodek pedzi sobie w calkiem glebokim korytku ni to potok, ni to rynsztok. Kobiety piora w tym ubrania, a kazdy kolejny domek zasila potok swoja wlasna struzka, o podejrzanie zoltym kolorze. Wpadniesz w takie korytko kolem i mogila, auto wisi na podwoziu. Podejrzewam ze wpadniecie twarza to tez wzgledna przyjemnosc, ale tego juz nie jestem pewien, bo miejscowe dzieci i dorosli z upodobaniem sie w tym myja. W kazdym razie nasz Charlo, jak przystalo na weterana, radzi sobie swietnie i wkrotce trafiamy do przemilego hosteliku dla backpackersow „Bohodir”, ktory znajduje sie 5 minut drogi od slynnego Registanu. Od razu na wejsciu dostajemy polmisek z dorodnym arbuzem oraz pyszna herbatke wraz z miseczka robiacych za cukier jezyn w syropie. Rewelacja. „Bohodir” ma wewnetrzny dziedziniec, wokol ktorego rozmieszono dormitorium (placisz za lozko, nie za pokoj), przeszklona kuchnie, w ktorej uwijaja sie panie przygotowujace posilki, antresole z kolejnymi pokojami, oraz trzy tarasy ze stolami, fotelami i krzeslami, kazde z innej bajki. Dodatkowo pod kuchnia jest jeszcze lazienka, dosc prymitywna ale funkcjonalna. W kazdym razie calosc sprawia wrazenie sympatycznego chaosu, ktory od razu nastraja nas pozytywnie i do samego miejsca, i do miasta, i do Uzbekistanu, i do calego swiata. Dobrze nam. A po zalogowaniu sie w dormitorium i rewelacyjnie obfitej, smacznej kolacji to juz w ogole jestesmy super szczesliwi. Ze wzgledu na Sylwie, ktora jedzie pociagiem z Moskwy przez Astrachan i terytorium Kazachstanu do Chiwy (zachodni Uzbekistan), gdzie mamy sie spotkac i dalej podrozowac wspolnie, decydujemy sie poki co nie zwiedzac Samarkandy i ograniczamy sie jedynie do malego wieczornego spaceru po centrum.
A rano, po wspaniale przespanej nocy wsiadamy w autobus i dajemy sie zawiezc na dworzec kolejowy, skad planujemy pojechac do Urgenchu, oddalonego od Samarkandy o 700 km i jedynie o 35 km od Chiwy. Podroz do dworca trwa ponad pol godziny – juz wczoraj zorientowalismy sie, ze miasto jest niezwykle szeroko rozciagniete i zajmuje imponujaca przestrzen zabudowana w ogromnej wiekszosci przez niskie, jedno-, max dwukondygnacyjne domki. Ale ze wg oficjalnych szacunkow liczba mieszkancow to ok. 410 000 mieszkancow, nie dziwi fakt, ze ludzie ci musza sie gdzies miescic. Jest dworzec. Monumentalne, nowoczesne gmaszysko, ale oczywiscie w budowie. Poki co, do dyspozycji pasazerow jest jedynie mala salka z trzema kasami biletowymi i informacja. Tam dowiadujemy sie, ze na pociag do Urgenchu musielibysmy czekac do polnocy (jest 11.00 rano), ale za to za godzine jest ekspres do Buchary. Jako ze Buchara lezy na naszej trasie, a bilety sa bardzo tanie, decydujemy sie jechac. Teraz najwazniejsza sprawa jest wymiana waluty. Napotkany przy kasach dziadek, po udzieleniu informacji ze owszem, wie gdzie jest kantor, ucieka gdzies ku naszemu przerazeniu z nieopatrznie przekazanymi mu 100 $, ale po 10 minutach wraca i z usmiechem wrecza nam odpowiednia rownowartosc w somach, po oficjalnym czarnorynkowym kursie, ktory jest sporo korzystniejszy niz bankowy. Zdarzenie dodatkowo umacnia nasza wiare w ludzi, z Uzbekami na czele. Najblizsze 40 min zajmuje mi przypominanie sobie relacji o podrozach koleja w roznych zakatkach swiata, ze szczegolnym uwzglednieniem Indii i innych krajow Azji, gdzie ten srodek lokomocji jest ponoc wylegarnia wszelkich nieszczesc i niewygod. Jestem podekscytowany, bo w myslach juz widze nasza trojke wprasowana gdzies miedzy znoszace akurat jaja kury, a cielace sie krowy i dojone przez wspolpasazerow kozy, a wszystko w dramatycznym upale wewnatrz rozpalonego jak piec wagonu. Czyli rewelacja, klimacik i wszystko o co nam chodzi. Oczywiscie, jak to zazwyczaj bywa w takich przypadkach, spotyka mnie dramatyczne rozczarowanie. Pociag jest czysciutki, miedzy rzadami wygodnych foteli dywanik, odpowiednio ustawiona klimatyzacja, a na dobitke na srodku wagonu nadajacy jakas lokalna telenowele kolorowy telewizor. Kierownik wagonu pomaga nam znalezc miejsce i czuwa, zebysmy je w spokoju zajeli. I to wszystko wcale nie jest wcale jakas klasa super ekstra biznes lux, tylko najzwyklejsza zwykla, druga! Po raz kolejny dochodze do wniosku, ze chyba zaden kraj na swiecie nie jest w stanie dostarczyc mi takich wrazen i klimatu zwiazanych z podroza koleja, co moja rodzinna Polska i niezastapione PKP. Zaczynam nawet podejrzewac, ze informacje o kolejach indyjskich sa w istocie plotkami, rozprowadzanymi przez specow od manipulacji sieciowej w ramach jakiejs ciemnej strategii PKP, ktore za wszelka cene staraja sie wykazac, ze gdzies jest gorzej niz u nas. Jesli kiedys-gdzies trafie na warunki w kolejach porownywalne z naszymi, na pewno nie omieszkam o tym napisac, ale poki co moje doswiadczenia ze sporej czesci Europy (wliczajac Bulgarie, Rumunie i Ukraine), Afryki oraz z Azji niestety okazuja sie zbyt male. Nota bene, europejska perelka w tym zakresie jest dla mnie Bialorus, ktorej tabor wyglada tak, jakby przed chwila wyjechal z fabryki i jednoczesnie jeszcze z myjni, a caly system sprawia wrazenie idealnie sprawnego. Nie wspominajac o pieknych, nowoczesnych i funkcjonalnych dworcach. Coz, moze taka jest cena dyktatury. Buchara. Pozne popoludnie, troche inne powietrze, ale jeszcze bardziej sucho i goraco. Jeszcze w pociagu Wiciu (mimo, ze co do zasady aspoleczny), nawiazuje kontakt z przemilym Bucharyjczykiem (?), ktory daje mu pakiet informacji o miescie. Przede wszystkim okazuje sie, ze Buchara nie ma ponoc bezposrednich polaczen kolejowych ani autobusowych z Urgenchem, co jest dla nas kiepska wiadomoscia, bo podobnie jak w przypadku Samarkandy zamierzalismy zwiedzac to miasto dopiero z Sylwia. Patrzac na mape, trudno nam uwierzyc w takie wiesci – jestesmy przeciez w jednym wazniejszych osrodkow Uzbekistanu, niemal dokladnie pomiedzy rownie wazna Samarkanda a zachodnimi regionami Khorazmu i Karakalpakstanu. Postanawiamy sprawdzic to jutro, a poki co jedziemy do centrum i znajdujemy sobie mily, tani guesthouse „New moon”, ktoremu jednak, mimo klimatyzowanego, luksusowego pokoju, brakuje klimatu i serdecznosci „Bohodira”. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Kolejny spacer po uzbeckim miescie i podobne motywy: niemal zupelnie wyludnione ulice starowki, sciany ogromnych budynkow w kolorze piasku, wykladane bialo-zielono-niebieskimi malutkimi plytkami a’la ceramika skladajace sie na charakterystyczne mozaiki, bijace w niebo smukle minarety z ktorych zaden muezin nie nawoluje do modlitwy i wielkie zdobione kopuly dawnych meczetow. Calosc na tle niezmiennie niebieskiego nieba, bez najmniejszej chmurki. Jakies to wszystko martwe, bez zycia, i w gruncie rzeczy chyba troche smutne. Gdzieniegdzie pomiedzy budowlami porozkladane sa stragany, ktorych sprzedawcy sennie spogladaja na mijajacych ich nielicznych przechodniow. Daleko im do marketingowych umiejetnosci handlarzy np. z Maroka – malo kto zawola, zaczepi, usmiechnie sie. Choc zabytki jedwabnego szlaku niewatpliwie robia duze wrazenie, to nam duzo bardziej podoba sie zwykle miasto, poza scisla strefa nalezaca do listy swiatowego dziedzictwa UNESCO. Wedrujemy tu pare godzin, rowniez po zapadnieciu ciemnosci, wdychajac zapachy i nasluchujac odglosow codziennego zycia. Ludzie wygladaja niezbyt bogato, ale schludnie – mezczyzni czesto nosza charakterystyczne islamskie nakrycia glowy, maja sniade twarze, a oblicza starcow zazwyczaj ozdabiaja brody. Kobiety w zdecydowanej przewadze ubieraja sie w dlugie, kwieciste i barwne suknie, ktore nadaja kolorytu nie tylko im samym, ale takze szarym domom i zakurzonym ulicom. Bardzo rzadko maja zakryte twarze, a wzrok obcokrajowca zupelnie ich nie krepuje. I oto znow jestesmy przy naszym lokum. Za rownowartosc okolo 7 PLN kupujemy sobie dorodnego arbuza (w Moskwie za podobnego chciano od nas +/- 92 zl) i, syci owocow i wrazen, idziemy spac. Rano, po dojezdzie na bazar, zaczyna sie walka o informacje. Wszyscy taksowkarze zgodnie twierdza, ze do Urgenchu nie jezdzi zaden autobus i jedyna opcja dojazdu jest kurs z ktoryms z nich. 470 km taksowka! Myslimy sobie ze nie ma mowy i kazemy sie wiezc na awtowagzal (czyli dworzec PKS). A tam rzeczywiscie na wszystkich mozliwych rozkladach i rozpiskach stoi jak byk, ze autobusy i owszem kursuja, ale tylko do Samarkandy i Taszkientu. Poddajemy sie. Wracamy na bazar, negocjujemy cene, czekamy na znalezienie jeszcze jednego pasazera i pakujemy sie do lokalnej mutacji Nexii – Chevroleta. 5 godzin jazdy w straszliwym upale, przez ni to step, ni to polpustynie, mija w miara szybko, bo kierowca pedzie ze stala predkoscia 130 km/h, i dzieki temu chlodzi nas troche sam ped powietrza, ktore pachnie rozgrzanymi kamieniami i czyms nieznanym, egotycznym. Po drodze dwa razy widzimy wielblady – az trudno uwierzyc ze sa w stanie przetrwac w tak niesprzyjajacych warunkach. Po 3 godzinach wjezdzamy na most pontonowy na Amu-Darii, jednej z wielkich rzek regionu, ktora niegdys zasilala Jezioro Aralskie. Jest ogromna, na moje oko ma ponad 300 metrow szerokosci, a mimo wszystko kilkaset kilometrow dalej na zachod ginie w piaskach, nie donoszac swych wod do jeziora, ktore od 40 lat systematycznie wysycha, bedac dzis wlasciwie juz tylko czyms w rodzaju smutnej karykatury pojezierza – kilka pomniejszych, nie polaczonych juz nawet ze soba stawow. ![]() Przeprawa przez Amu-Darie W Urgenchu ani sie spostrzegamy, kiedy nasz kierowca przekazuje nas swojemu lokalnemu koledze i wlasciwie niemal od razu jedziemy kolejna taksa do oddalonej o 35 km Chiwy. Blad, bo warto na tym odcinku przejechac sie trolejbusem, ktory, choc wlecze sie niemilosiernie (kurs trwa prawie dwie godziny wobec niecalych 30 minut w taksowce), to jest o wiele tanszy i sam w sobie stanowi lokalna atrakcje. O samej Chiwie nie bede sie rozpisywac. Niewatpliwie jest pieknie, jednak ogrodzona kompletnymi murami Ichan-Kala, o zwartej zabudowie i niezwyklym zageszczeniu zabytkow, robi wrazenie rownie wymarlej jak pozostale stare miasta Uzbekistanu. Warto spojrzec na nia z gory wspinajac sie w dozwolonym miejscu na mury lub na wieze minaretow, jednak kosztujacy ok. 18 zl bilet do wszystkich miejskich muzeow mozna sobie wg mnie spokojnie odpuscic. Zgromadzone w nich zabytki obejmuja starozytny okres od 1976 do 1989 roku wlacznie i wg mojej teorii sa po prostu mniej udanymi wyrobami z lokalnych straganow, ktore sprzedawcy w przyplywie hojnosci przekazali muzealnikom. Atrakcja moga byc znajdujace sie w muzeum historii naturalnej, zatopione w formalinie zwloki dwuglowego noworodka, oczywiscie jesli ktos lubi takie rzeczy. Ja nie lubie. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Spedzilismy w Chiwie ponad 3 dni, bo podrozujaca przez Kazachstan Sylwia miala problemy komunikacyjne. Zeby bylo sprawiedliwie, ja mialem w miedzyczasie problemy zdrowotne, ale na szczescie w koncu wszystko sie porozwiazywalo i moglismy razem wsiasc do dalekobieznego autobusu do Samarkandy (738 km). Z wiadomych wzgledow omijalismy Buchare, co niestety uderzylo w Sylwie, ktorej w czasie tej wizyty nie bylo dane odwiedzic tego w gruncie rzeczy ladnego przeciez miasta. Nastepnym razem. Po 8 godzinach w podrozy okazuje sie, ze nasz kierowca nie jezdzi w nocy, bo na drodze ktora jedziemy zdarza sie zbyt wiele wypadkow. A wiec stop na srodku pustyni, przy dosc obskurnym hotelu – jadlodajni – imprezowi – wszystko w jednym. No i nastepuje integracja, ktora zapoczatkowuje przemila nauczycielka ze swoim (chyba) siostrzencem - spiewakiem. Jedzenie, opowiesci, jedna – druga – trzecia wodka, wspolne spiewy (w tym „Mury” Kaczmarskiego i „Czterej Pancerni”), a pod koniec nawet wspolne tance. Wszystko wlasciwie. ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() ![]() Po nocy spedzonej w „Bohodyrze” pakujemy sie i ruszamy w dalsza droge. Przed nami Tadzykistan.
|
||||||||





















































Bądź pierwszym który skomentuje




