Trasa: Ruiny, wioski i cmentarze Dolnego Śląska i Ziemi Kłodzkiej
Skład: Lilka, Kaszubka, Basia, Ania Kowalska, Sylwia, Filip, Chomik, Wiciu i ja
Termin: 31 października - 02 listopada 2008 r.
Poniżej relacja wspaniałej Liliany - bajkowa jak zawsze. Czasami się zastanawiam, czy bardziej lubię wypady z Lilką, czy teksty które powstają po nich... W sensie że jedno i drugie ma wysoki stopień cudowności i trudno wybrać, co lepsze :-)
Podpisy pod zdjęciami moje, ale czekam na lepsze propozycje od pozostałych uczestników!
Poznań jak zwykle ma wyczucie, o której przyjechać. 23.00, właśnie
rozkręca się z lekka nudnawy ‘Labirynt Fauna’ kiedy rozlega się dzwonek do
drzwi. Po chwili kuchnia pęka w szwach, Chom siedzi na krzesełku dziecinnym,
trwamasowa produkcja herbaty i tostów, jest wesoło :)
Plan jest taki, żeby przenocować u mnie, a o świcie (6.00) wyjechać z Rogoża. Dlatego też tej nocy mój
pokój przypomina schronisko dla bezdomnych. Sześć osób leży na materacach i
karimatach w równym rzędzie na prawie całej długości pokoju. Wystroju
dopełniają obwarowania z plecaków, toreb i innych bambetli. Na tzw. biegunie
zimna, czyli w pokoju gościnnym, schronienie znalazła romantyczna dwójka (Adam
z Wiciem) :P
Lilka
Kaszubka
Basia
Ania Kowalska
Sylwia
Filip
Wiciu
Adam czyli ja
Chomik
Mimowolny uczestnik - p. Henryk Krynicki
Kolejny spektakularny start Świnka (jak przystało na samochód z duszą :-))
Godzina 5.15 jest porą zdecydowanie rzeźnicką, zwłaszcza jeśli
położyło się spać o 2 w nocy :P Jednak dzielniezwlekamy się z noclegowni i grubo po
szóstej odpalamy Świnka i Truskawka (auta :P). Zimno, ciemno, szyby zaparowane,
Ania za kierownicą. Adam poleca jej włączyć nawiew, ale ledwo to mówi Świnek
nurkuje w dół niczym delfin i okazuje się, że zsuwamy się do rowu. Uczucie jest
zabawne, może byłoby jeszcze fajniej gdyby nie spadające z półki wody
mineralne. Wyskakujemy (dosłownie) z auta, którego tył uniesiony jest do góry
jak kadłub Tytanica i wszyscy umierają ze śmiechu. Nie ma to jak wpaść do rowu
przejechawszy może ze 2 metry :P. Bardziej podekscytowani nieoczekiwaną przygodą aniżeli zmartwieni próbujemy
wyciągnąć Świnka z tarapatów. Prób i pomysłów jest wiele, począwszy od
dociążenia tyłu wszystkimi mężczyznami, aż po wyciągający dwusamochodowy zaprzęg
(do dyspozycji był jeszcze Dragon Chomika). Niestety, nawet takie kombinacje
nie dają rezultatu. Świnek wprawdzie jest już nieco bardziej w pozycji
horyzontalnej, jednakże nie ma zamiaru opuścić rowu. Grupa specjalna w składzie
Adam, Wiciu i ja, udaje się więc na poszukiwanie ciężkiego sprzętu. Parę
działek dalej dostrzegamy koparko-ładowarkę stojącą na podwórzu. Domek jest nie
do końca ukończony i nie posiada dzwonka, próbujemy jednak tradycyjnego
pukania. Bez rezultatu. Wokół cisza i żadnych ludzi w oknach. Nic dziwnego, w
końcu jest 7 rano w dniu wolnym od pracy. Zrezygnowani opuszczamy działkę,
kiedy nadbiega Chom. Niezrażony naszymi niepowodzeniami puka w okna wołając
„Proszę otworzyć, tu policja!” i tym podobne. Przeszkolenie w zakresie
ratowania świata zaowocowało, bowiem jedno z okien otwiera się i okazuje się,
że właściciel koparko-ładowarki jest chętny nam pomóc. Przepełnieni radością
wracamy na miejsce wypadku, a dobra nowina wkrótce staje się rzeczywistością.
Ciężki sprzęt z łatwością wyciąga Świnka z rowu.
Chomik ratuje świat i załatwia koparkę
Wizualnie nie ma większych uszkodzeń, poza oderwaną listwą z boku.
Okazuje się jednak, że gdzieś w zbiorniku wody do chłodnicy zrobiła się
dziurka. Odtąd wielki baniak z wodą będzie stałym elementem wycieczki.
Po konferencji nad otwartą maską samochodu Chomwyrusza na rodzinne cmentarze, a my przez
pusty o tej porze Wrocław przedostajemy się na trasę na Kudowę. Pędzimy prostą
drogą aż do Łagiewnik, gdzie odbijamy na Prusy. Całkiem niespodziewanie zza
drzew wyłaniają się mury pałacu. Określenie ‘mury’ jest tu jak najbardziej
trafne, bowiem nie ma już nawet śladu dachu. Cały obiekt bardziej przypomina
odgrodzony ścianami zdziczały ogród. Labirynt przejść, spadków i pozawalanych
stropów i duża zarośnięta przestrzeń na środku obiektu.
Wszyscy pokazują jak bardzo lubią Adama :-) Ja z balastem
Jedziemy dalej przez Czerwieniec i Stachów, ale znowu trafiamy na
niespodziewanie ciekawe miejsce, wymagające postoju :P Jest to urocza,
zagubiona w ciszy wioseczka z ruiną dworku. Pytamy się babuleńki czy możemy
zwiedzić ów budyneczek i po otrzymaniu zgody wchodzimy przez okno do środka.
„Udostępnione” są tylko dwa pokoje, z czego do drugiego z nich, na
piętrze,można zajrzeć przez gruzowisko.
Od boku dworek jest otwarty niczym domek dla lalek, a w dalszej, nie zawalonej
części pozostaje użytkowany w celach mieszkalnych. Bardziej od dworku urzeka
jednak cała wioska. Kilka domów, kury, uroczo nie odmalowane chałupki… wieś,
jakich już coraz mniej jest.
Następny przystanek (nie licząc postoju na rozmowy Sylwii z indykami
oraz przejażdżek na masce samochodu) to Sieroszów i tamtejszy pałac opatów. Ów
budynek nie urzeka nas jakoś szalenie, być może po części dlatego, że znowu
deficytowym towarem są latarki. Ciemne korytarze i równie ciemne puste
pomieszczenia (zamurowano okna) bardziej przypominają piwnice. Nie ma też
wejścia na wyższy poziom. Większą atrakcję część wycieczki znajduje w leżącym
nieopodal pałacu, sporym kawałku pnia drzewa, który tymczasowo przejmuje
funkcję estrady :P Prowokacją do różnych fantazji są też metalowe przypinki do łańcucha
w murze ;D
Huśtawa w Kozińcu
Po niebywałym trudzie odnalezienia
właściwej drogi w Ząbkowicach Śląskich, udaje nam się dotrzeć do Kozińca. Na
karteczce z wypiską wartych odwiedzenia miejscowości, Koziniec ma aż trzy nadane
przeze mnie wykrzykniki i trzy V. Jak się okazuje w pełni na nie zasługuje. Już
z oddali widać bajkowo wręcz pozapadany, mansardowy dach pałacu i malowniczo
udrapowaną przez czas elewację. Nie zrażeni faktem, że tuż obok stoi dom
sołtysa wchodzimy do środka. Wnętrze urzeka, jest to klasyczny przykład
opuszczonego domu, który dopiero zaczyna być ruiną. Część stropów jest
zawalona, albo dziurawa w miejscach gdzie przez uszkodzony dach sączy się woda,
ale po pochylonych schodach da się wejść na sam strych.Stoi też kilka starych sprzętów, z których
najbardziej urzeka wbudowana w ścianę szafa oraz ławeczka z klapą na drobiazgi.
O ową ławeczkę toczy się cała batalia. Wyciągnąwszy ją z zapadliny, gdzie
wisiała w połowie drogi do piwnicy, stwierdziłam, że spokojnie mogę zabrać
ławeczkę do domu i spróbować ją odrestaurować. Adam natomiast jest zdania, że
nie powinno się zabierać pamiątek, a swój argument popiera brakiem miejsca w
aucie. Dyskusje nie mają końca, dopóki Wiciu nie przychodzi mi z pomocą.
Pakujemy pamiątkę do bagażnika przy czym po raz pierwszy wychodzi na jaw
magiczna właściwość naszych środków transportu. Chociaż wydawały się zapchane
rzeczami do granic możliwości to jednak udaje nam się zmieścić ławkę, tak że
jest nawet więcej przestrzeni na siedzeniach i tylnej półce.Filip z oszczędności miejsca postanawia
przewieść swoją pamiątkę w sobie i jako jedyny decyduje się spróbować
jabłkowych konfitur ze znalezionego w pałacu słoiczka. Ponoć do tej pory
jeszcze żyje i jest normalny :P Atrakcje przypałacowego kompleksu Kozińca nie
kończą się na jednej ruinie, ławeczce i konfiturze jabłkowej. Niedaleko na łące
stoi przerobiona na kabriolet Sierra, a jeszcze dalej placyk zabaw.
Od lewej szatan, wąż, jabłka i Ewa Kaszuba rzuca czar Ogólnie głupawka z liśćmi w tle i wszędzie indziej Sylwia w roli buka
Z Kozińca przejeżdżamy do Owiesna. Otoczony drewnianym płotem zamek
Templariuszy obklejony jest tabliczkami ‘zakaz wstępu’, ‘własność prywatna’.
Można by jeszcze spokojnie dodać ‘obiekt monitorowany’, gdyż tuż obok znajduje
się dom z oknami wychodzącymi na przedzamkowy placyk.
Następny przystanek to Ostroszowice, które przypominają trochę Prusy.
Brak dachu, zabawa we wspinanie się na trawiaste piętro, przebieżka po
otwartych pomieszczeniach jak w Tomb Riderze :PBonusowo jest jeszcze balkonik Julii.
Z powiatu Dzierżoniowskiego uciekamy w góry Sowie. Trasa, pomimo że
powoduje zagotowanie się świnkowego silnika, jest naprawdę śliczna. Serpentyna
drogi wijąca się wśród szarych pni bukowych i czerwieni opadłych liści. Udaje
nam się znaleźć wymarzone miejsce na piknik. Świnek studzi się, a my rozkładamy
karimaty, gastrokoszyk i gastrosiatki wokół ściętego pnia drzewa. Największe
wzięcie ma oczywiście pastella rybna z biedronki :P Z Gór Sowich kierujemy się
do Woliborza i jest najwyższa pora, żeby uzupełnić wodę w naszej plastikowej,
przenośnej chłodnicy. Zaczynają się trudne i zawiłe poszukiwania stacji
benzynowej czyli wybór: ‘kieruj się mapą albo drogowskazami’. Znajdujemy w
końcu Orlen i spędzamy tam następne pół godziny łatając dziurę w zbiorniku
magicznie zastygającym płynem.
Jest już późne popołudnie, kiedy docieramy do upatrzonej przeze mnie
Ścinawki Górnej. Znajduje się tam duży kompleks pałacowy, zawierający pałac
razem z kaplicą, dwór oraz budynki folwarczne. Oficyny są zamieszkałe przez
ludzi, a pałac użytkowany jako suszarnia. Już umieram z radości kiedy udaje nam
się namówić autochtona na udostępnienie nam pałacu do zwiedzania. Jednakże ów
młodzian puszczając sobie „Infinity 2008” z komórki, otwiera tylko drzwi do
przypałacowej kaplicy i stanowczo odmawia otworzenia pozostałych. Przejście
przez piwnicę także okazuje się niewypałem, gdyż wszelkie dalsze drogi są tam
pozamykane.
Bacik-perweraczek w akcji Nie wiem o co tu chodzi W Międzygórzu Chomik - klasyka gatunku
Nieco zawiedzeni kierujemy się na południe Kotliny, aby o 20 odebrać
Chomika z dworca w Międzylesiu. Wiele kilometrów nie mija, kiedy nagle
dostrzegam zarysy jakiegoś pałacu w oddali. Krótka piłka, hamowanie, skręt w
ostatniej chwili i zajeżdżamy na folwarczne podwórze. Przeszkolony już wzrok urban-exploratorki
nie zawiódł i wśród zabudowań rzeczywiście stoi opuszczony pałac. Odgrodzony
jest jednak siatkowym płotem, więc rezygnujemy z przedostania się do niego na
dziko. Gdzieś przez podwórze przewija się tubylec, który poleca nam pójście do
właściciela pałacu, który ponoć pozwoli nam go zwiedzić. Zgodnie z poleceniem
idziemy za budynek oznaczony skromnym bannerem „Zamek Kapitanowo”. I tak
zupełnie przypadkiem trafiamy na perłę Ziemi Kłodzkiej.
***
Przyznam
szczerze, że ta część idzie mi jak ślimak po żwirze, no ale co zrobić kiedy nie
ma się umiejętności wydłużania doby :P
Popołudnie
przeradza się w chłodny wieczór, kiedy to na pałacowy dziedziniec wychodzi pan
Henryk Krynicki, właściciel zamku. Kto by się spodziewał, że spotkamy kogoś
równie jak my pozytywnie zakręconego? Nie łatwo jest przejść mój test na
nieuśpienie mnie opowiadaniem, zwłaszcza jeśli mam za sobą tylko 2 h snu i
dzień pełen wrażeń. Jednakże pan Henryk dokonuje powiedzmy że cudu. Parę godzin
spędzonych w zamku, to jakby przeniesienie się w czasie. Usłyszeliśmy
ciekawostki, o których nie mieliśmy pojęcia, zobaczyliśmy szczegóły, na które
nigdy nie natrafilibyśmy zwiedzając samemu tak starą budowlę. Inspiracja do
działania. Chodzimy po zamku przy świetle latarek. Historia wychodzi ze ścian
jak zapach z kadzidełka. Przez dziurę w podłodze w jednej z komnat widzimy
dawny loch głodowy. Henryk przedstawia nam oryginalną teorię o nasiąkaniu ścian
budynków uczuciami, emocjami, wspomnieniami przebywających tam niegdyś ludzi.
Opowiada o tym, jak pomimo przyjaznego klimatu panującego w zamku, przez długi
czas czuł się bardzo nieswojo w pomieszczeniu dawnego lochu. Tak jakby
przesiąknięte cierpieniem ludzi ściany wytwarzały jakąś nieprzyjemną aurę.
Wyobraźnia? Możliwie, ale jestem w szoku, bo wreszcie ktoś ubrał w teoretyczne
ramy moje odczucia jakich doświadczyłam będąc w dawnym szpitalu psychiatrycznym
w Owińskiej (czytajcie w relacji „Przyjazd Lilki” oraz „Przyjazd Lilki i
Chomika”). Wizyta w zamku kończy się koncertem perkusyjnym w przystosowanej do
mieszkania części budynku. Jednogłośnie orzekamy, że Henryk Krynicki to
Leonardo da Vinci naszych czasów. Z wykształcenia historyk, miłośnik sztuki,
znawca regionu, muzyk... po prostu pasjonat :P
Po
20 odpalamy auta i z obietnicą odwiedzin następnego dnia opuszczamy Ścinawkę
Średnią. O 21 na stacji PKP w Międzylesiu mamy odebrać Chomika. Odległość nie
jest wcale taka mała zwłaszcza, że kręte drogi nie mają namalowanych żadnych
oznakowań. Są zwodniczo czarne na całej rozciągłości. Napięcie spada. Rzężą
czeskie ludowe piosnki w radiu. Cała ekipa Świnka nieco przysypia. Czuję się
jakby ktoś założył mi worek na głowę i tylko resztkami świadomości pilotuję
Anię do Międzylesia. Wielki podziw i szacunek dla naszych kierowców, bo nie
była to relaksacyjna trasa :P
Wypoczęty
po podróży pociągiem Chomik wyraźnie kontrastuje z nami swoją żywotnością i
stopniem pobudzenia. Poza nim wszyscy już chyba marzą o jakiejś kolacji i
położeniu się spać. Za rzecz oczywistą uważamy, że doskonałym miejscem na
nocleg będzie PRL-owski hotelik w Międzylesiu, na który trafiliśmy z Adamem w
zeszłym roku. Po kilku lanserskich okrążeniach wokół międzyleskiego rynku i
placu przed kościołem udaje nam się trafić na nasz zajazd. Tu jednak następuje
prawdziwy dramat. Hotelik jest w remoncie i nie możemy przenocować tam nawet na
podłodze. Zapałki pod powieki i nieco ospała burza mózgów przerwana przez
dyskusję z miejscowymi napranymi chłopakami. Uporawszy się z niewiadomo-czego-chcącymi
autochtonami stawiamy na Międzylesie. Niegdysiejszy kurort dziś pełen jest
wielkich pustych ośrodków FWP. Miejscowa parka poleca nam jeden z nich. Wraca
Adam – zwiadowca i wkrótce możemy już postawić auta pod tabliczką „Zakaz
parkowania wszelkich pojazdów”. Ku naszej radości wnętrze O.W. „Słoneczna”
zatrzymało się na etapie głębokiego PRLu. Miliłby się jednak ten, który
sądziłby, że to już koniec przejażdżek na dzisiaj. Zajmujemy dwa pokoje,
rzucamy rzeczy i wracamy do aut żeby pojechać na najbliższy cmentarz. Jest
dzień Wszystkich Świętych, a to zobowiązuje. Dopiero około 23 wracamy do
naszego ośrodka i rozpoczynamy wielką kolację. Ogórki kiszone z piwnicy Wicia
biją na głowę wszystkie przysmaki świata. Z godnych polecenia jest też serek
chrzanowy. Rozlokowani w dwóch pokojach nie możemy się jakoś zebrać na wspólną
imprezę. W pokoju Adama, Wicia, Kaszubki i Bastbika trwają walki o kołdry i
zagazowywanie butami. U nas jest spokojnie, ale za to konkretnie. Szklanka wina
i bliżej nieokreślone rozmowy na granicy snu.
Nazajutrz
budzi nas łupanie w drzwi pokoju. Zdumiona stwierdzam, że Adam wziął do siebie
porę wstawania i przyszedł wygonić nas z łóżek. Choć udaje nam się wstać o owej
wyznaczonej 8.15 to jednak rozruch jest dość długi i na dalsze zwiedzanie
Kotliny Kłodzkiej wyruszamy po jakiś dwóch godzinach. Załadowujemy się do
magicznie pakownych aut i jedziemy przez Domaszków na Nową Wieś. Teren lekko
faluje. Pastwiska, pola, nieużytki w odcieniach zgaszonych żółcieni. W oddali,
na tle obojętnego szarawego nieba kępy drzew i domy. Przejeżdżamy tak aż na sam
kraniec Polski, gdzie wjeżdżamy na główną czerwoną drogę. Jeszcze trochę
zamieszania z szukaniem Orlenu, kawa i uzupełnienie wody w naszym przenośnym
zbiorniku i znowu jesteśmy na dziurawej drodze. Spod asfaltu prześwieca
poniemiecka kostka. Ciasny wąwóz z wysokimi wzgórzami po obydwu stronach. Już z
daleka widać ciemną sylwetkę drewnianego kościółka na wzniesieniu. Wspinamy się
na górkę i wchodzimy na przykościelny cmentarz. Widać stąd porozrzucane w
wąwozie domy i przeciwległe wzgórze. Sam cmentarzyk to pozatapiane w zgaszonej
zieleni poniemieckie groby otoczone drewnianym płotkiem i wysokimi drzewami.
Cisza, spokój i żadnych ludzi oprócz tych pod kamiennymi płytami.Wracając w dół, do aut dostrzegam na przeciwległym
zboczu domek z ciemnymi oknami. Zarośnięty podjazd, brak dymu, zdaje się że
wybita szyba. Przeczucie nie myli, opuszczony! Drzwi frontowe pamiętały lepsze
czasy, bo są nieco wybrakowane na dole. Adam od razu ładuje się przez
przepleśniałą dziurę. Ja zaś wiedziona poprzednimi doświadczeniami idę kilka
metrów dalej do wejścia gospodarczego. Oczywiście drzwi są niezamknięte i przez
obórkę spokojnie da się wejść do przedpokoju. Od razu uderza smród brudu,
starego tłuszczu i niemytych ludzi. Przedsionek przeradza się w malutką
kuchenkę. Brudne talerze, zawalona skwarkami i muchami patelnia, zimna herbata
na stoliku. Zapach aż odrzuca, ale całokształt miejsca jest niesamowity. Czemu
ktoś porzucił dom, nie skończywszy nawet herbaty? Salon zawalony jest
ubraniami. Na kredensach stoją filiżanki, świeczniki, zegary i inne szpargały,
jest nawet pamiątkowa kaseta pasowania na ucznia. A z drugiej strony niczym nie
przesłonięta dziura w drzwiach, powybijane okna, wywalone z szaf ubrania, brak
prądu... zimno i wilgoć.
Kolejnym
punktem jest dobrze nam znana Lesica. Nam, czyli mi i Adamowi. Świnek
zagotowuje się na podjeździe pod górę, ale to tylko oznaka malowniczości trasy :P
Chwila na konsultacje i ostygnięcie silnika i możemy jechać dalej. Nie
przepuszczam okazji, aby nie zajrzeć do zagrody, w której stało łóżko z
wyciągami, na stole kefir i piwo, a w przedpokoju kobiałka z jajkami. Byłam tam
z Adamem dokładnie rok temu, potem zajrzałam tam jeszcze z Miłką zimą, ale
zobaczywszy że nie ma już kobiałki z jajkami na stoliku w przedpokoju szybko
uciekłyśmy :P Tym razem nie wchodzimy do środka. Widać choćby chwilową bytność
ludzi. Nadproże nad drzwiami do pomieszczenia gospodarczego jest podparte grubą
belką, a przed domem leżą worki ze śmieciami. Chwila zadumy na ławeczce i
jedziemy pod kościół. Tam też widać zmiany. Płotek wokół figury jest nowy, co
nie znaczy, że przydaje więcej uroku. Trafiamy też na obiekt który wcześniej
był przez nas pominięty. Układając się razem ze zboczem, stoi wielka ruina
dawnego dworu sołtysów z 1573 roku. Po dachu i piętrach nie ma już nawet śladu,
degradacja budynku zaczęła się już w czasie wojny. Obecnie o jego dawnej
świetności mówi już tylko wielkość całego założenia. Zwiedzanie przypomina
poruszanie się po ruinach świątyni w dżungli albo tajemniczym ogrodzie. Zieleń
i mury stopiły się już w jedną harmonijną całość. Pięknie musi być tu na
wiosnę!
Na
placu przed figurą i domami rozbijamy piknik, wzbudzając sensację u bardzo
miłych babuleniek. Po wykończeniu zapasów jedzeniowych ładujemy się do aut i
jedziemy przez Poniatów i Długopole słynną z zakrętów i sporych spadków
Autostradą Sudecką. Po zawiłym przejeździe przez Bystrzycę Kłodzką wylatujemy
na prostą i oczywistą trasę na Polanicę Zdrój. Łomnice, Starkówek są jakieś
przygnębiające.. Goni nas zmierzch i rozgłaszana w radiu groźba nocnych mgieł.
W Starkówku zatrzymujemy się nabrać wody ze strumienia (woda wylatuje ze Świnka
jak okruszki rzucane przez Małgosię żeby do domu trafić), a część z nas biegnie
obejrzeć przepołowiony domek. Z zewnątrz zapowiada się niezwykle ciekawie.
Zielona, deskowana elewacja, drzwi do nikąd, trzy piętra. Zwiedzenie tej ruiny
było moim marzeniem, odkąd zobaczyłam ją parę miesięcy temu. Wnętrze jednak
sprawia bardzo niemiłe wrażenie. Dwa puste pokoje i bardzo ciężkie stropy. Na
piętrze menelownia w postaci jednego wielkiego śmietnika. Bez większego żalu
jedziemy do Polanicy.
Żeby
nie było za różowo, do docelowej Ścinawki Średniej nie trafiamy tak od razu.
Kierując się chęcią poznawania nowych wiosek kluczymy podrzędnymi drogami i
przypadkiem przejeżdżamy skręt na Ścinawkę. Dopiero w Bożkowie orientujemy się,
że chyba nie jesteśmy na właściwej trasie. Dobrze, będzie więc bardziej
krajoznawczo i żeby nie zawracać znajduję na mapie wąską drogę łączącą Bożków
ze Ścinawką Średnią. Tak sprytny plan skrótu trudniej jest jednak wykonać.
Kogokolwiek z miejscowych się nie pytamy, każą nam jechać powrotem do tego
nieszczęsnego rozjazdu. Nic nie pomaga pytanie pomocnicze, czy nie ma jakiegoś
bezpośredniego skrótu ani pokazywanie go na mapie. Autochtoni jeśli już
niechętnie przyznają, że takowa droga istnieje, to nie są w stanie wytłumaczyć
nam jak ją znaleźć. Poddajemy się i zawracamy. Już dawno po zmroku stawiamy się
u pana Krynickiego w Zamku Kapitanowo, aby zapowiedzieć się z wizytą na
grudzień :)
(Miesiąc
później dokonuje weryfikacji.. droga bezpośrednia Bożków-Ścinawka jest, i choć
daleko jej do standardów europejskich, to da się nią przejechać ;)
W
obawie przed mgłą i tłokiem na drodze krajowej nr 8 wyznaczam trasę
alternatywną. Z planowanej 20.00 we Wrocławiu robi się poślizg na 22, ale wtedy
jeszcze o tym nie wiemy :P Pełni wiary w rychły powrót do domu opuszczamy
Ścinawkę. Trzy czy cztery rundki wokół ronda w Nowej Rudzie, dwie nawrotki i
Truskawek, pełen niepokoju, dzwoni do nas czy przewody nam się nie przepaliły w
głowach. Wreszcie jednak udaje nam się ustalić, które z odbić to właściwa droga
nr 385 na Wolibórz (na drogowskazach są dwie drogi nr 385). Krętą szosą
wspinamy się na góry Sowie.
Alternatywna
trasa okazuje się wprawdzie mało tłoczna, jednak pełna przeszkód. Już po
przejechaniu przez góry wjeżdżamy w mgłę, która z godziny na godzinę coraz
bardziej gęstnieje. Błądzenie w Bielawie, błądzenie w Dzierżoniowie, drogi
zadupne i drogi ekstremalnie zadupne im bliżej jesteśmy Wrocławia :P Trasa
zapewne malownicza, w nocy jednak nie jest zbytnio komfortowa, zwłaszcza, że co
chwila stajemy studzić silnik, uzupełnić wodę albo nie możemy znaleźć właściwej
drogi we wsiach. Prawdziwa zabawa zaczyna się po przejechaniu Łagiewnik. Wioski
i wioseczki i bardzo boczne drogi. Jedno założenie planu alternatywnego okazało
się trafne: kiedy około 22 wjeżdżamy do Wrocławia, już nie ma tam korków ;D
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
*Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.