Trasa: RPA - Namibia - Botswana - Zambia - Botswana - RPA - Lesotho - RPA
Skład: Malwina i ja
Termin: 07 sierpnia - 16 września 2008 r.
Poniżej profesjonalna relacja z podróży autorstwa Malwiny oraz kilka fotek naszego wspólnego autorstwa.
Do 29 lutego można oglądać niektóre z nich na wystawie "Nasza Afryka" w Wyższej Szkole Nauk Humanistycznych i Dziennikarstwa w Poznaniu. Zapraszamy!
A ja w pierwszej wolnej chwili zsynchronizuję zdjęcia z tekstem Malwiny, tak żeby dany akapit nawiązywał do tego, co akurat widać. Bo w tej chwili jest z tym średnio i sorry za to
Czy
Afryka jest nadal dzika?
Malwina
Janas
Sześć
tygodni, pięć krajów, prawie dziesięć tysięcy kilometrów
przejechanych głównie autostopem – tak razem z Adamem
spędziliśmy wakacje w południowej Afryce.
Wyjazd
do Afryki Adam planował już od dawna, ja na przygotowanie miałam
tylko miesiąc. Paszport, wizy, sprzęt i przede wszystkim kondycja.
Moja pierwsza tak długa i daleka podróż. Ekscytacja
pomieszana z obawą, że sobie nie poradzę, albo stanie się coś
złego. Pokusa była silniejsza!
Malwina Adam
Uzbrojeni
w przewodniki i mapy wyruszyliśmy na podbój „dzikiej”
Afryki! Wczesnym rankiem po kilkunastu godzinach lądujemy w
Kapsztadzie, czego o naszych bagażach powiedzieć nie można
(dolatują wieczorem). Nie tracimy czasu, zaraz po znalezieniu pokoju
wdrapujemy się na Lion’s Head, która kusi nas od momentu
wyłonienia się z nocnego mroku. Tutejsza kapryśna pogoda nam
sprzyja i z wysokości 669 m. n.p.m. całe miasto mamy jak na
wyciągnięcie ręki. Table Mountain (góra o zupełnie płaskim
szczycie, często przykryta chmurą tzw. obrusem, zdobywamy ją dwa
dni później), która schodzi aż do samego centrum
Kapsztadu. Dalej w lewo widać port, wzgórze Signal Hill i za
dzielnicą Sea Point ogromne fale oceanu Atlantyckiego z wyspą
Robben w oddali. Zapiera dech w piersiach, a to dopiero początek!
Drugiego
dnia osobiście poznajemy Mariolę mieszkającą w Durbanie, z którą
wcześniej rozmawiałam przez Internet. Kolejne dwa dni spędzamy w
swojskim polskim gronie, razem z Mariolą i jej córką Asią
oraz dwoma koleżankami Wandą i Olą jedziemy do Hermanus, gdzie
podczas rejsu niewielką łódeczką pośród
sześciometrowych fal udaje nam się zobaczyć kilka wielorybów
i kolonię delfinów. Następny dzień to Przylądek Dobrej
Nadziei, skały wdzierające się w ocean, o które rozbijają
się fale. Jest to jedno z tych miejsc, których nie da się
opisać słowami.
Południowe wybrzeże RPA Na południe od Cape Town Cape Town Przylądek Dobrej Nadziei Pingwinek
Do
RPA jeszcze wrócimy, a teraz czas na Namibię. W drodze
obserwujemy zmianę krajobrazu, z zielonego na coraz bardziej
piaskowy. Nagle psuje się autobus, przez co do Grunau dojeżdżamy w
środku nocy, a o tej porze jedyne co widać z miejscowości to
opustoszała stacja benzynowa (jak się okazuje rano, dużo więcej
tam nie ma). Wysiadamy tu tylko my. Z włączonymi latarkami
odchodzimy kawałek od ulicy, przechodzimy przez płot (drogi są tu
ogrodzone, żeby chronić zwierzęta) i za krzewem, żeby nie było
nas rano widać, zaczynamy rozbijać namiot. Pierwsza noc na odludziu
pod gwieździstym niebem. Nagle słyszę jakiś szelest – to pewnie
wiatr, ale odwracam się i widzę oczy! Kilka metrów od nas
trzy pary zielonych punktów, zawieszone na różnych
wysokościach. – Adam tu są jakieś zwierzęta! – mówię
przerażonym głosem. Wytężam wzrok, ale jest zbyt ciemno. Sięgam
po gaz, a Adam po aparat fotograficzny. Błysk flesza nakreśla
kształt i rozmiary intruzów. To tylko zwykłe konie, mogło
być dużo gorzej. Całą noc śpię czujnie, wsłuchując się w
odgłosy nocy i budząc przy każdym szeleście.
Rano,
pierwsze wyjrzenie z namiotu i... cudowna ogromna przestrzeń, w
oddali charakterystyczne dla tego regionu ptasie gniazdo na pół
drzewa. Już mi się tu podoba Z Grunau łapiemy pierwszego stopa
do Hobas, gdzie rozpoczyna się Fish River Canyon. Tu poznajemy
grupę, do której wpisujemy się na listę (trekking kanionem
dozwolony jest tylko w grupach minimum czteroosobowych) i są to
jedyni ludzie, jakich spotykamy przez kolejne pięć dni. Każdy
dzień w kanionie jest inny: piasek, wielkie głazy i drobne
kamienie; w niektórych miejscach jest bardzo wąsko, a za
zakrętami ukazują się naprawdę spore przestrzenie. Po dwóch
dniach marszu z plecakami zaczynają boleć nas stopy, robią się
odciski i otarcia, ale nie ma odwrotu – trzeba iść dalej! Kolejny
dzień, to miła niespodzianka, bo docieramy do gorących źródeł,
w których robimy sobie małą kąpiel.
Im
bliżej końca, tym bardziej zmęczenie daje nam się we znaki. Stopa
już nie zawsze dobrze trafia na kamień. Ostatni odcinek trochę nam
się dłuży, ale wreszcie docieramy do Ai-Ais. W kanionie
pokonaliśmy 85 km i spędziliśmy pięć dni jedząc zupki w
proszku, więc od razu rzucamy się na jedzenie. Piwo Savannah i
batonik Jungle już nigdy nie będą nam tak smakować!
RPA - okolice Hermanus Namibia - zejście do Fish River Canyon Dzikie konie w Fish River Canyon Moje (czyli Adama) stopy po dwóch dniach marszu
Dalej
jedziemy na północ Namibii zahaczając o Windhoek, gdzie od
ręki załatwiamy wizę do Botswany. Później odbijamy w lewo
i między Swakopmund a Henties Bay, gdzie zaczyna się Wybrzeże
Szkieletów, udaje nam się zobaczyć wyrzucony na brzeg
statek. W dalszej drodze do północno-zachodniej części
kraju trafiamy jeszcze do Twyfelfontein i oglądamy naskalne
wizerunki zwierząt pochodzące sprzed sześciu tysięcy lat. Aż
docieramy do Opuwo.
Miasto
wielu kultur, miks wszystkich mieszkających w okolicach plemion, aż
trudno skupić na czymś wzrok. W skrócie miejsce to można
opisać jako wielki chaos! W „supermarkecie” można tu zobaczyć
kobiety Herero ubrane w tradycyjne suknie uszyte na wzór
XVII-wiecznych, Himbki w spódniczkach tylko z kawałka skóry
oraz ludzi Owambo w strojach najbardziej podobnych do naszych.
Namibia w pigułce.
Od
razu obok nas zjawia się Elisabeth proponując podróż do
wioski ludu Himba. Nie jest to szansa na dotarcie tam, gdzie jeszcze
nie widziano białego człowieka, ale nie mamy samochodu, więc dla
nas to jedyna opcja. Zapłacić musimy za transport, jej opiekę i
oczywiście nie wypada jechać w odwiedziny z pustymi rękami, więc
kupujemy żywność.
W
wiosce stoją trzy większe domki, co oznacza, że wódz ma
trzy żony. Kobiety z dziećmi siedzą w cieniu i wyciągają do nas
ręce po siatki. Najszybciej znika... nasza Cola, którą
nieopatrznie daliśmy z innymi rzeczami. Chodzimy po wiosce słuchając
opowieści Elisabeth o tutejszym życiu. Himbki chętnie pozują do
zdjęć, pokazują zastosowanie różnych przedmiotów i
zachęcają do zakupu wykonanej własnoręcznie biżuterii.
Dziewczynki zapraszają nas do zabawy będącej czymś w rodzaju
wyliczanki. Śpiewają i klaszczą, a co chwilę jedna z nich zaczyna
kręcić się w kółko. Oboje próbujemy, ale nie
wychodzi nam to najlepiej.
Wchodzimy
też do jednego z domów. Jest zbudowany z drewna i oblepiony
mieszanką zwierzęcych odchodów z błotem, dzięki czemu jest
tu dużo chłodniej. Między tykwami, łyżkami, misami wykonanymi z
drewna, „spódniczkami” ze skór zwierzęcych, są tu
też plastikowe butelki i metalowe garnuszki. Niestety, czas zupełnie
dzikich wiosek dawno już minął, ale za parę lat może nie być
ich już w ogóle.
Kiedy
wszystkie najważniejsze punkty mamy w Namibii „zaliczone”, przez
Ruacanę, Grootfontein, Rundu i Katima Mulilo kierujemy się do
Botswany. Tu, ze względu na zbyt dużą ilość dzikich zwierząt,
autostop zastępujemy busikami.
Pierwszego
dnia po przyjeździe do Kasane zostawiamy nasze rzeczy na campingu i
idziemy do granicy z Zambią. Przeprawa promowa przez rzekę Chobe,
zakup wizy (50 USD), taksówka i jesteśmy przy jednym z
siedmiu naturalnych cudów świata, wodospadach Wiktorii. Tu,
bliskie spotkanie z dzikim zwierzęciem, małpa rzuca się na mnie i
kradnie mój batonik. Po tym traumatycznym PRZEŻYCIU (pozdro dla Bomby! - Adam) mając coś do
jedzenia najpierw rozglądam się uważnie dookoła albo jem w
ukryciu Ale wracając do wodospadów, to wrażenie robią
niesamowite, niewyobrażalna ilość wody spadająca z ogromnej
wysokości i przy tym niepozorne rozlewisko u góry, po którym
spacerujemy kilka godzin, przeskakując po kamieniach. Koło godziny
15, niestety czas już wracać, bo granica jest otwarta tylko między
6 a 18. Z prawie godzinnym wyprzedzeniem docieramy na miejsce, a tam
mówią nam, że ostatni prom właśnie odpłynął i trzeba
czekać do rana. Zdziwieni patrzymy na siebie. Okazuje się, że
wyjeżdżając z Namibii nie przestawiliśmy zegarków, a był
to jedyny z krajów, które odwiedziliśmy w innej
strefie czasowej. Nie ma szans, żeby przepłynąć jakąś łódką
przez rzekę, bo i tak nie dostaniemy pieczątki... musimy zostać tu
na noc. Mamy przy sobie tylko aparaty, a wokół pełno tirów
czekających na odprawę następnego dnia.
Siadamy
na promowej ławce, ale robi się chłodno, a komary zaczynają
wieczorną ucztę. Wtedy Adam znajduje skrzynię z kapokami! Dziś,
patrząc na zdjęcie nie wiem jak się tam zmieściliśmy. Ale jest
ciepło i „wygodnie”. Całą noc słyszę odgłosy dzikich
zwierząt i jakieś chlupanie w rzece, ale na szczęście poza
komarami, które też mogą być niebezpieczne, nie dociera do
nas żaden wróg. Rano cali i zdrowi stajemy w kolejce do
odprawy, która (w związku z tym, że w Afryce nikt się nie
spieszy) rozpoczyna się z ponad półgodzinnym opóźnieniem.
W Kasane spędzamy jeszcze jeden dzień i ruszamy na południe.
Kolejne dni w Botswanie oszczędzają nam podobnych przeżyć, na
delcie rzeki Okawango naprawdę odpoczywamy. Razem z wynajętym
przewodnikiem jeden dzień spędzamy na mokoros, czyli drewnianej
wąskiej łodzi. Gi opowiada nam o delcie i żyjących na niej
zwierzętach, a my siedzimy relaksujemy się i robimy zdjęcia. Tu
udaje nam się zobaczyć hipopotamy i zebry.
Nasz
afrykański czas powoli zaczyna się kończyć, a przed nami jeszcze
ostatni wysiłek – Góry Smocze. Najpierw trafiamy do
Durbanu, gdzie Mariola zaprasza nas do siebie Zwiedzamy miasto,
kąpiemy się w Oceanie Indyjskim i ruszamy na Drakensberg. Czasu
mamy mało, więc planowana trasa nie jest długa. Rano we mgle z
Sani Pass ruszamy w góry. Jest magicznie, jakby to powiedział
Adam „bajkowo”! Po kilku godzinach drogi przejaśnia się a
naszym oczom ukazują się cudowne widoki, zielone i żółte
wzgórza, a między nimi strumyk. Kiedy po całym dniu marszu
zmęczenie daje o sobie znać, od przemoczonych butów robi się
zimno, a do tego zaczyna się ściemniać (jest zima, więc dzień
trwa tu tylko do godziny 18), postanawiamy rozbić namiot. Noc jest
strasznie zimna, śpimy w polarach, kurtkach i śpiworach, ale rano
wita nas piękne słońce i robi się zdecydowanie cieplej. Do
przejścia zostało nam już niewiele i po jakimś czasie pojawia się
piaszczysta ubita droga. Wbrew pozorom jest to najtrudniejszy
odcinek, bo kąt nachylenia jest spory a ilość zakrętów
zdecydowanie za duża i z każdym kolejnym mamy nadzieję, że to
ostatni. Wreszcie udaje nam się dotrzeć do najwyżej położonego w
całej Afryce pubu – Sani Top Chalet 2874 m. n.p.m.
Ostatnią
dobę w RPA spędzamy w autobusie z Durbanu do Kapsztadu, skąd mamy
samolot do domu. Trasa prowadzi wzdłuż wybrzeża, więc podczas 24
godzin drogi mamy cudowny widok z okna, ale pojawia się też żal,
że nie mamy więcej czasu, żeby te miejsca zobaczyć i że trzeba
już wracać. Przez okno samolotu z żalem spoglądamy jeszcze na
ocean, kaniony, rzeki i czerwone wydmy, które teraz wydają
się być takie malutkie...
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
*Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.