Miejsce: Kotlina Kłodzka
Skład: Lilka i ja
Termin: 01-03 listopada 2007 r.
Jesień w Kotlinie Kłodzkiej - urzekająca relacja niezastąpionej Liliany, chyba najpiękniejszy tekst na całej mojej stronie. Ale to był cudowny wypad...
***
"Pusty cmentarz spowity mgłą
jesienną, w której wszystko jest przytłumione, jakby zastygłe w niemym
oczekiwaniu na sen. Zapach palonych liści, wilgoć skapująca z powietrza,
osiadająca na osypanych kwiatach. Zgaszone kolory odchodzącej zieleni. Plamy
czerwieni i żółci złocące się w szarości jak dogasające znicze. Wyprawa po
zapomnianych cmentarzach 4,5XI?"
Był to
sms wysłany przeze mnie do Adama, jakiegoś sierpniowego dnia. Wtedy chyba po
raz pierwszy przyszła mi do głowy koncepcja wyjazdu..
***
Ruiny Kościoła w Marcinkowie
Środa wieczór, wizja zamkniętych sklepów następnego dnia, a tu skończył
się szampon! Całe szczęście Adam wywiązuje się z powierzonego mu zadania i
udaje mu się kupić „Perłowy Blask” i około 23 (tak późno wcale nie przez
poszukiwania szamponu ;D ) parkuje przez moim domem w Rogożu. Zgranie nowej
playlisty (z obowiązkowym Coldplayem ;) i wspólne opracowywanie trasy zajmują
trochę czasu, a już o 5.45 budzi mnie nieznośny dźwięk budzika. Dochodzę do
wniosku, że niezależnie jak ładna byłaby melodia, jeśli jest ustawiona jako budzik,
szybko ulegnie znienawidzeniu. Jajecznica z tostami, kawa, zapakowanie rzeczy
do nieśmiertelnej Nexii i pustymi (wbrew powątpiewaniom niektórego)o tej porze
ulicami Wrocławia jedziemy w kierunku Kudowej- Słone.
Ruiny Pałacu w Stolcu od przodu...
Pierwszym halsem trafiamy do Stolca. Choć nazwa może i nie jest zbytnio
finezyjna to pałac mieszczący się we wsi zachwyca rozmiarem i kunsztem, pomimo
iż jest już mocno zrujnowany. Gdzieś pomiędzy podupadłymi ogródkami działkowymi
z czerwieniącymi się jabłoniami udaje nam się znaleźć lukę w płocie i przez
okno piwniczne dostajemy się do wnętrza budynku. Oczywiście po co brać latarkę
do zwiedzania ruin? :PCałe szczęście
mój aparat okazuje się wielofunkcyjny i swoim laserkiem od lampy błyskowej w
miarę rozjaśnia nam drogę.
...i z profilu. Na pierwszym planie dzielna Nokia
Plamy światła z ażurowo
zamurowanych okien układają się w rozciągnięte szachownice. Słońce wpływa też
przez rozległe dziury w dachu. Gdzieniegdzie jeszcze zachowały się fragmenty
stropów z ozdobnymi stiukami. Przechodzimy z sali do sali. W jednej z nich
trafiam na wąski przesmyk do wieży, kiedyś zapewne tajne przejście... Kiedy
wracamy z powrotem do hallu, aby kolejnymi schodami pójść na piętro, słyszymy
odgłosy rozmowy. Zza winkla wychodzi jakiś chłopaczek i mało nie dostaje zawału
widząc nas. Całe szczęście nie jest to właściciel posiadłości. Jeszcze parę
zdjęć i jedziemy dalej.
Zacegłowane okna pałacu w Stolcu
Wnętrze pałacu
Trasa
Złoty Stok- Lądek Zdrój nie ma sobie równych, azwłaszcza jesienią. Wspina się wokół góry, by zaraz opaść kładąc
się licznymi zakrętami wzdłuż stoków. Strome zbocze z jednej strony i urwisko z
drugiej. Udaje nam się znaleźć urocze miejsce na drugie śniadanie. „Zatoczka”
na samym środku zakrętu 180 (kwestia sporna :P) stopni. Wokół wszystko mieni
się odcieniami czerwieni i pomarańczu, przecudnie! Rozkładamy karimatę, muzyka
leci z laptopa, klasyczne już śledzie w sosie koperkowym i chleb ze smalcem.
Tylko ludzie z przejeżdżających samochodów patrzą się na nas dziwnie :p
Śniadanie na trawie
Śniadanie na trawie w wersji męskiej
Gdzieś już niedaleko Lądka odbijamy na Wojtówkę. Tu ujawniają się
nieznane dotąd przeze mnie upodobania Adama, czyli pół godziny dla „łechtania
konia po nosie”. Późniejsze dysputy na ten temat lepiej przysłonić kurtyną
milczenia ;D
Łechtanie konia po nosie (zupełnie niewinne)
Wąska, dziurawa droga pomiędzy łąkami i lasem, ale to jeszcze nie jest
TO. Za dużo nowych domów. Próbujemy znaleźć wieś Wrzosówkę, która na mapie
zaznaczona jest mniejszą czcionką. Dojeżdżamy jednak do końca w miarę
przejezdnej drogi i jedyne na co trafiamy to resztki jakichś fundamentów
zupełnie przerośnięte drzewem. Może było to kiedyś jedno z zabudowań Wrzosówki?
Jedna z licznych w Kotlinie Kłodzkiej poniemieckich kapliczek
Lądek Zdrój. Wbrew naszym obawom miejscowa „Żabka” nie przejęła się
zakazem handlu w święto i możemy zrobić małe zakupy, zwłaszcza, że pojawił się
palący problem deficytu chleba. Pokrzepieni łatwo przyswajalną glukozą jedziemy
dalej. Stronie Śląskie okazuje się prawdziwym labiryntem mylnych drogowskazów.
Najbardziej absurdalny wydaje się objazd do Bystrzycy Kłodzkiej przez Lądek, z
którego wszak przyjechaliśmy. Słusznie nie przejmujemy się owym objazdem i po
dłuższym błądzeniu udaje nam się znaleźć trasę na Sienną. Wieś ta obecnie
bardziej jest znana jako ośrodek sportów narciarskich Czarna Góra. Nieco z
rozrzewnieniem spoglądam na odmienione czasem i komercjalizacją krajobrazy
dzieciństwa. To tu pięcioletnia Lila stawiała pierwsze kroki na nartach, kiedy
w miejscu obecnych nartostrad był skromny orczyk. Wiele innych wspomnień nasuwa
to miejsce jak i cała Kotlina Kłodzka. To chyba stąd taki mój ogromny sentyment
do niej. Asfaltowa droga pnie się stromo w górę.Stajemy koło kapliczki na równi Puchaczówki, która bielą tynku
pięknie odcina się od rozległych widoków na całą okolicę. Z kapliczką wiąże się
pewna historia. W latach 70tych do Siennej przyjechała para Niemców. Zwiedzali
okolice, w końcu były to ich ojczyste tereny. Pewnego ranka zastano kapliczkę
całkiem rozkopaną w środku, a Niemców już nie było. Wydaje się to jakieś
zupełnie groteskowe i niesamowite, że ukryte kosztowności były tak blisko przez
tyle lat i że na pewno mnóstwo jest jeszcze takich skrytek, których tajemnice
zabrano już dawno temu do grobu.
Jeden z odwiedzonych przez nas kościołów
Droga prowadzi dalej serpentynami. Gdzieś po lewej stronie są ponoć
zabudowania wsi Biała Woda, obecnie zupełnie wymarłej. My jednak jedziemy do
Idzikowa, gdzie odbijamy w nieoznakowaną drogę do Wilkanowa. Chyba kilka razy
mijamy drogowskaz do Sanktuarium Matki Boskiej Śnieżnej, która jest pretekstem
do długich dysput na temat owego przydomka „Śnieżna”. Adam uparcie twierdzi, że
jest on bezsensowny, bo przecież nie ma śniegu, ja zaś obstaje przy zdaniu, że
jest on jak najbardziej na miejscu, zwłaszcza że ma w sobie coś urokliwego. No
i nie wytłumaczysz!
Stary poniemiecki cmentarz w Opolnicy
Około 14 docieramy do Międzygórza. Wilgoć z przepływającej rzeki, chłód
lasu, wzgórza otaczające miasteczko jak mury, skutecznie zasłaniające je od
niskiego jesiennego słońca. Miejsce to już chyba zawsze będzie mi się kojarzyć
z jakąś krainą cienia. Ogromne domy wczasowe, niegdyś pełne kuracjuszy ośrodki
Funduszu Wczasów Pracowniczych. Jakaś brudna szyba dawnej dyskoteki,
przygnębiająca jak wygaszone przez deszcz ognisko.Znajdujemy zapadniętą chatynkę, którą „odkryłam” będąc tu rok
temu. Wśród ciemnego nasiąkniętego wodą drewna, ziemi i zwałowiska aż
błyszczące wydają się białe drzwi z kolorowymi szybkami, jedyny chyba element
podtrzymujący ostatni plasterek niezapadniętego stropu.
Lilka w jednej z odwiedzonych przez nas opuszczonych chat
Czasu nie ma wiele, zwłaszcza, że planujemy wejść na Śnieżnik. Próbujemy
dostać się pod schronisko autem. Wszystko idzie dobrze dopóki nie docieramy do
rozstaju leśnych dróg. W lewo jest zakaz wstępu z uwagi na wycinkę drzew, zaś
droga w prawo prowadzi przez leciwy mostek. Decydujemy się na mostek, który o
dziwo nie zawala się. Droga prowadzi wzdłuż strumienia i z pewnością nie jest
dobrej jakości nawet na miarę dróg leśnych. Po przejechaniu około kilometra
stajemy bezradnie jak uciekająca koza przed za wysokim płotem. Naszą drogę
przecina strumyczek, wystarczająco jednak duży aby uniemożliwić dalszy
przejazd, zwłaszcza że rozlewa się dość sporą kałużą. Nie ma wyboru. Z prawej
strome, zalesione zbocze, z lewej równie urwisty stok spadający prosto do
dużego strumienia. Zaczyna się mozolne cofanie, którego trasa obejmuje także
nieszczęsny mostek. Chcąc nie chcąc musimy stanąć na polance przez odbiciem
czerwonego szlaku.
Trasa na Śnieżnik
Pierwsze podejście pod górę i zaczynam się zastanawiać czemu idziemy na
Śnieżnik, kiedy ja dopiero co wychodzę z grypy, kaszląc tak że Adam patrzy się
na mnie trochę z przerażeniem. Rzeczywiście wcześniej jakoś żadne z nas nie
wzięło tego pod uwagę. no ale już idziemy i ja bynajmniej rezygnować nie chcę.
Widoki są prześliczne. Kolory tak intensywne, że aż wydające się nieprawdziwe,
jakby ktoś włączył tryb „barwy wzmocnione”.
Modrzewie w barwach jesieni
W godzinach już popołudniowych mijamy schronisko otoczone szarawymi
skrawkami śniegu i kierujemy się dalej na Śnieżnik. Trwa walka z opadającym
słońcem, które ostatecznie chowa się w fioletowy pas mgły zanim dojdziemy na
szczyt. Dość szybko dzień zmierzcha. No i nie mogę nie wspomnieć o pewnej grze
słownej która jakże umiliła nam czas :p
W drodze powrotnej zachodzimy do schroniska na żurek po czym
odprowadzani zdziwionym wzrokiem przebywających tam turystów wychodzimy w
ciemność. Tym razem mamy już latarki i to nawet każdy swoją (szaleństwo!), tak,
że do zaparkowanego samochodu docieramy cali i zdrowi.
Na nocleg wyznaczyliśmy sobie Międzylesie (nie powiodło mi się
przeforsowanie pomysłu z domkiem na siano przy czerwonym szlaku na Śnieżnik
:p). Udaje nam się znaleźć hotelik w klimacie PRLu z przemiłą panią.
Załatwiwszy miejsce możemy już spokojnie pojechać na cmentarze, w końcu jest
Święto Zmarłych. Udajemy się do pobliskiego Niemojowa. Nawet w nocy widać, że
wieś jest na poły wyludniona. Świateł w oknach jest niewiele. Stajemy na
placyku przed kościołem, gdzie wita nas szczekanie psa uwiązanego przy dyktowej
budzie. Buda stoi w bliskim sąsiedztwie pięknej acz trochę podupadłej rzeźby
przestawiającej Marię i Józefa. Na lekkim wzgórzu stoi kościół otoczony starym
cmentarzem. Atmosfera jest niesamowita. Miękkie światło paru zniczy na
przechylonych poniemieckich nagrobkach, wokół ciemno i żadnych ludzi. Na paru
grobach zapalamy własne znicze, na każdy po jednej intencji..
Droga do Niemojowa
Zmarznięci wracamy do naszego PRLa . Prysznic, kolacja, toast wódką
weselną i (o zgrozo!) zasypiam w czasie bajki o szklanej górze lecącej z
laptopa, a o której Adam mówił cały dzień, więc chyba takie małe faux pas
wyszło :p
Jedna z opuszczonych chat w Lesicy
Następnego ranka przy dźwiękach albumu Talk Talk „Colours of Spring”
(choć jak dla mnie o wiele bardziej pasowałby tytuł „Colours of Autumn”) raz
jeszcze jedziemy w okolicę Niemojowa. Co jakiś czas przy drodze stoi
poniemiecka kapliczka albo w kępie drzew widać zielonkawe kamienie po dawnych
domostwach. Wzgórza, lasy, łąki, pastwiska. Wszystko spowija mgła i wilgoć.
Mżawka cały czas lekko zacina. W Lesicy stajemy przy pierwszym domu, który
wygląda na opuszczony. Niskie okna, spadzisty dach, którego część zawaliła się
już nad jednym z pomieszczeń. Wchodzimy bocznym wejściem, przy którym drzwi
zbite z desek rozpadają się na dwie części. Woda kapie z nasiąkniętych belek.
Jesteśmy w szoku. W spiżarce stoją słoiki i butelki, jakieś gumowce. Idziemy
dalej i tu zdziwienie jeszcze większe. Piec, kilka bezładnie porozrzucanych
mebli, nad oknem stare płaszcze, papiery porozrzucane po ziemi. „Rolnik Polski”
pomieszany z listami, świadectwa szkolne i świadectwo pokrycia buhajem Grysiem,
pokwitowania i religijne obrazki… Wszystko to w bałaganie na popękanym
linoleum. Mam jakieś nieokreślone poczucie dotknięcia tajemnicy, odkopania
rzeczy i wspomnień o ludziach, o których dawno nikt już nie pamięta… Czemu
rodzina nie zabrała tych listów, pamiątek? Wydaje się to aż nie do pomyślenia,
ale powoli umierający dom nie nadaje się już nawet do okresowego użytkowania i
pewnie przy większych śniegach zupełnie się złoży jak i wiele innych w tej
okolicy.
Droga donikąd
Domy stoją puste, ale pola ktoś uprawia
Idziemy dalej, przez strumień i na wzgórze. Siano leży pozwijane ale
domy dookoła są puste. Czarne okiennice, zarośnięte obejścia, drzwi zamykane
kłódką od zewnątrz.. Próbujemy się dostać do wnętrza jednego z takich obejść.
Adam bezskutecznie walczy z kłódką i nic by nie wyszło ze zwiedzania gdyby nie
kobieca pomysłowość ;DOtóż drugie
drzwi, prowadzące do jakiegoś gumna były zaczepione tylko na haczyk. W
przestronnym pomieszczeniu przypominającym oborę stoi swoisty stelaż ze
sfatygowanym sedesem.Dopiero teraz
zdaje sobie sprawę, że te wszystkie domy pozbawione są wygód takich jak
łazienka. Przez dalsze pomieszczenia dostajemy się do właściwej części chałupy.
Obydwoje jesteśmy w szoku. Z jednej strony dom wygląda jakby był opuszczony.
Bezładnie porozrzucane meble po przedpokoju, graty zarzucone przy wejściu do
owego kibelka, wszechobecny skrajny bałagan i brud, zimno.. Z drugiej strony katalog
meblowy z 2006 roku, otwarte piwo na stole, niedopita maślanka i łóżko z
trapezem dla chorych do podnoszenia się… Tak jakby ktoś umarł niedawno i w
zapomnieniu, tak że nikt nawet nie posprzątał ostatnich śladów jego bytności…
Jeden z przystanków na trasie
Kolejnym punktem programu jest Jaskinia Niedźwiedzia w Kletnie. Chociaż
przepiękne sąjej wnętrza, nacieki,
wszystkie utwory skalne, to jednak aż nazbyt dotkliwa jest komercjalizacja.
Poruszanie się wytyczonymi betonowymi ścieżkami, pod okiem przewodnika
przywołuje niewesołą myśl, że coraz mniej jest miejsc, które człowiek może
odkrywać bez udziału innych.
Następnym naszym celem jest Czatków, wieś zaznaczona na mapie słynną już
„małą czcionką”, pomiędzy Sienną a Nowym Waliszowem. Oczywiście do Czatkowa nie
ma żadnego drogowskazu, ale licząc zakręty i kierując się punktami
charakterystycznymi udaje nam się trafić na właściwe odbicie. Droga jest gorsza
niż leśna. Pierwszy odcinek przypomina bardziej miejsce spływu wiosennych
strumieni jednak z Adamem odwalającym polana z drogi i mną za kierownicą
dzielna Nexia daje radę. Dalej szlak wychodzi z lasu, a ślady kół prowadzą
przez środek łąk zamazanych mgłą, ciemniejącą w nadchodzącym wieczorze. Nie
trzeba już odrzucać drwa z drogi, za to wiele jest rozległych, błotnistych
kałuż, w których tylko cudem się nie zakopaliśmy.
W pobliżu ruin kościoła w Marcinkowie
W końcu droga staje się bardziej przejezdna a po lewej widać wysoki mur
z półokrągłym prześwitem bramy, okalający budynek bez dachu. Nagie drzewa
bezładnie rozrośnięte z konturami, chude patyki wyschniętych chaszczy wśród
mokrych, opadłych liści, a pomiędzy nimi zielonkawe płyty poprzekrzywianych
nagrobków, zamazana bryła ruiny kościoła w Marcinkowie… Zbieżność miejsca z
czasem jest naprawdę nierzeczywista jak z kiczowatej książki. Zaduszki,
wieczór, mgła, wioska na końcu świata z zamieszkałymi tylko dwoma domami…
Krata we wnęce po wrotach stara się bronić wstępu na kościelny dziedziniec
Wąską drogą wzdłuż strumienia
dostajemy się do Kamiennej, a stamtąd normalną już asfaltówką do Nowego
Waliszowa. Próbujemy przedostać się stamtąd polnymi drogami do Romanowa jednak
napotkawszy ogromne błoto musimy zawrócić. Niestety
ciemność zapada szybko i nie pozostaje nam nic innego jak jechać prosto, przez
Bystrzycę Kłodzką do Szczytnej, gdzie zaplanowany był drugi nocleg.
Niedziela stoi już pod znakiem powrotu. Opuszczamy Szczytną, kierując
się przez Batorów i Studzienną do Wambierzyc. Po przedłużonej poszukiwaniami
bezcennej czapki Adama wizycie w bazylice ruszamy dalej do Ratna. Nagle na
poboczu widzę leżącą postać. Potrącony czy pijany? Zgodnie z przypuszczeniami
okazuje się, że to drugie. Robi się wielka akcja. Wkrótce zatrzymuje się drugi
samochód, a za nim następny. Wprawdzie pan Kazimierz (Staszek?) nie jest w
stanie komunikatywnym na tyle by wiedzieć co się z nim stało, ale zostaje
rozpoznany przez miejscowego z drugiego samochodu i zabrany do swych rodzinnych
Wambierzyc.
Sanktuarium w Wambierzycach
W Ratnie Dolnym już z daleka widać prześwitujące zza drzew ruiny zamku
na wzgórzu. Wprawdzie „budynek grozi zawaleniem. Wstęp wzbroniony” ale bez
ryzyka nie ma zabawy :p Znajdujemy niezamurowane okno na w miarę przystępnej
wysokości. „Zwiedzanie” ratnowego zamku przypomina grę w Tomb Raidera. Labirynt
pomieszczeń, przejście na wyższą kondygnację przez dziurę w stropie po ramie
okiennej i rurze, prześlizgnięcie się po zwałowisku belek by przejść na drugą
stronę budynku, urwane schody z pozostałością boazerii, resztki parkietu z
wyrastającymi z niego młodymi drzewkami i w końcu jedyny kolorowy element w
ruinie, czyli zupełnie nietknięte i odmalowane zdobione wejście do jednego z
pomieszczeń..
Ruiny pałacu (zamku?) w Ratnie Dolnym
Pięknie zdobione obramowanie drzwi (kto zna fachową nazwę?
W ruinach
Z Ratna udajemy się do Ścinawki Średniej, skąd „białymi drogami”
kierujemy się na Bożków. To już jednak nie to samo co okolice Międzylesia czy
Idzikowa. Teren bardziej płaski, mniej lasów, a wsie oszpecone katalogowym
budownictwem lub pozbawionym jakiegokolwiek wyczucia odnowieniem starych domów.
Bożków także nie okazuje się przebojem. Wprawdzie pałac jest ładny i z
pewnością można by krążyć po nim długie godziny, jednakże wszystkie okna są
solidnie zakratowane a jedna ze ścian opatrzona alarmem. Pozostaje nam więc
tylko zachwycanie się z zewnątrz i obejście zaniedbanych założeń ogrodowych.
Jedziemy dalej. Przez Dzikowiec do Woliborza, a stamtąd do Srebrnej
Góry. Naszym celem stają się ruiny fortu Grochowiec, ale trochę niespodziewanie
trafiamy do Brzeźnicy, gdzie niebieskim szlakiem odbijamy w głąb Gór Bardzkich.
Jedziemy leśną drogą jak się potem okaże przez Rezerwat Cisy. W pewnym momencie
Adam wyraża życzenie posiadania landrovera. Ku naszemu zdumieniu zza zakrętu
wyłania się bordowy landrover. Mówisz, masz ;DPasażerowie owego pojazdu całkiem słusznie patrzą się na nas jak na
śnieg w lipcu. Wszak droga prowadzi po zupełnie bezludnych terenach o stromych
stokach, gdzie zapuszczenie się autem grozi utknięciem w błocie. Gdzieś na
rozstaju, przy ściętych pniach drzew zatrzymujemy się na drugie śniadanie.
Zaczyna padać rzadki deszcz, zimno.
Jesienni ludzie
Czerwony Kapturek z flachą w koszyczku
Droga przez rezerwat "Cisy"
Leśna prowadzi nas do Opolnicy, gdzie trafiamy na kolejny podupadły,
poniemiecki cmentarz. Krótka eksploracja i chwilę potem stoimy już pod
sanktuarium w Bardzie. Jak dla mnie Góry Bardzkie wyznaczają granicę Kotliny Kłodzkiej. Są
jakby murem dookoła twierdzy, ostatnimi wzniesieniami na trasie do Wrocławia.
Dalej śniegu jest zawsze mniej, więcej jest przemysłowych baraków wzdłuż szosy
i nie ma lasów:/
Ostatnim punktem wycieczki są
ruiny fortów w okolicy Grochowa i Braszowic. Z E67 odbijamy w polną drogę
wiodącą na wzgórza z kępkami drzew. Owe forty okazują się jedną wielką lipą i
większym mitem niż mleczarnia nad Przytonkiem :p Na to, że kiedyś istniały
wskazują jedynie nienaturalne pagórki porośnięte drzewami no i wkopana w ziemię
kamienna tabliczka.
Ostatni
rzut okiem z braszowickiego wzgórza na zachmurzone Góry Bardzkie i na dobre
wracamy do cywilizacji.
Pejzaż Kotliny Kłodzkiej lekko przysłonięty przez wieczorne mgły
Komentarze (2)
Napisz komentarz
Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
*Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.