Nasi sponsorzy
Sail and Rock Crooc
Polecamy
Koniec Swiata logo anyService logo
Pojezierze Drawskie (sierpień 2007)
Miejsce: Pojezierze Drawskie
Skład: Mary, Adams, Chomik, Lilka i ja
Termin: 24-26 sierpnia 2007 r.

To był wyjazd! Chyba najlepszy w tym roku. Po prostu bajka! Więcej fotek będzie niebawem, teraz drobny wycinek całości i relacja Lilki. No i specjalnie dla L. parę moich przemyśleń spisanych w kolorze zielonym na 10 godzin przed naszym wylotem do Szanghaju, w gościnnym warszawskim mieszkaniu Marty.
dscf5508
Lila - Górnik

Podczas gdy Adam jest w pracy, po dwóch godzinach snu ruszamy z Chomikiem na miasto. Plany mamy dość ambitne, ale w rezultacie lądujemy w Starym Browarze, gdzie biednego Chomiczka ciągam po sklepach Wystawić język. Potem chwila sjesty w jakimś parku, gdzie nieoceniona okazuje się mapa Pojezierza Drawskiego w roli karimaty.
dscf5490
Radzieccy żołnierze w bunkrze w oblężonym Leningradzie

W nową trasę wyruszamy zaawansowanym popołudniem. Po małej zamotce w końcu cała nasza „grupa wyczynowa” w składzie Adam, Chom, Adams, Mary i ja spotyka się pod Astatem. Teraz Adam ma okazję odespać poprzednią zarwaną noc, a Jakub wykazać się jako kierowca. Ja standardowo na nawigacji i za konsolą DJ’a Wystawić język. Nasza średnia prędkość wynosi jakoś 100km/h, co bardziej doskwiera tylniemu rzędowi, ale misja jest poważna*. Dotrzeć do Rynowa zanim zapadnie noc, bo wtedy trudno nam będzie zalokować się na miejscu. Trwa dramatyczna walka z nieznośnie opadającym słońcem. Przy dobrych bitach jak Destination Calabria czy Timberlandzie prujemy po drodze jak w „Need for Speed” i jak dla mnie zabawa jest przednia. Na hopkach, załamaniach terenu i zakrętach dzielna Nexia wyskakuje tak, że pojawiają się motylki w brzuchu, coś jakby się zakochiwało na każdym tym zakręcie**. Wbrew obawom niektórych do Rynowa docieramy cali i zdrowi Wystawić język.***
dscf5448
W drodze

dscf5477
Fajeczka musi być Śmiech

Zalogowujemy się od razu w najczystszej komnacie piwnicznej z imponującym podcieniem i dwoma oknami na dziedziniec. Klimat jest niesamowity, a zwłaszcza po rozstawieniu świeczek i puszczeniu klimatycznych kawałków z laptopa. Muzyka z „Requiem dla snu”, przecudowny głos wokalisty Deine Laikaien i instrumentalny utwór Archive’a „Old artist”... Wreszcie prawdziwą wiksę czas zacząć, a za tak wzniosłe miejsce wznieść toast drinkami tudzież Tokajem. I w tym momencie przestroga dla potomnych.. nie jeść śledzi w śmietanie podczas imprezy Wystawić język. No ale to taki tylko by the way****. Po odpowiedniej „zaprawie” idziemy zwiedzać parter dworu, a potem wieś. Tu spotykamy miejscową divę w Golfie, która ma do nas bełkotliwe pretensje o używanie lampy błyskowej. Nie przejmujemy się tym zbytnio, zwłaszcza, że owa osobistość jest już zdrowo naprana i idziemy zwiedzać wioskę. W drodze powrotnej ponownie zatrzymuje się przy nas samochód z ową tajemniczą kobietą i jej milczącym partnerem. Tym razem diva zdradza nam, że ma misję pilnowania porządku we wsi. Może dlatego słychać potem jeszcze parę razy jak jakiś samochód przejeżdża trasą obok dworku. Marysia i Adams kładą się spać, a my z Adamem i Jakubem odbywamy jeszcze rozmowy egzystencjonalne siedząc na przystanku.
dscf5544
Dać dzieciom przystanek :-)

Ranek budzi nas chłodem. Rozejrzawszy się dookoła czujmy się trochę jak bezdomni menele (czyli cudownie). Karimaty rozłożone na ziemi, siatki z Biedronki i porozrzucane rzeczy. Ogarnąwszy się trochę idziemy raz jeszcze zwiedzić dworek. Tym razem Adam znajduje w zarośniętym parku olbrzymiego platana, na którego nie omieszka się wspiąć*****. Ostatnim punktem do odwiedzenia w Rynowie jest stara gorzelnia położona na terenie ośrodka dla bezdomnych Diogenes, a obecnie popadająca w ruinę. Marysia i Adams zostają na zewnątrz, podczas gdy ja, Adam i Chomik wchodzimy do środka przez okno. Tubylcy patrzą się na nas jak na mocno pomylonych, ale całe szczęście nikt nie próbuje nas powstrzymywać ani pacyfikować. Na piętrze wnętrze jest niezwykle ciekawe, jedne pomieszczenia prowadzą do drugich. Może było to mieszkanie gorzelnika i jego rodziny? Odpadająca farba z framug, połacie nagiej ściany wystające spod tynku, wytarta, drewniana podłoga przysypana pod ścianami odpadniętym tynkiem. Takie zrujnowane wnętrza mają naprawdę przeogromny urok, o wiele większy niż gdyby były odnowione. Może to dlatego, że wyraźnie widać po nich ile przeżyły i jak wiele różnych historii wchłonęły.. Trochę tak jak bardzo starzy ludzie, na których czas odcisnął nieodwracalne piętno, ale i wzbogacił ich o niezliczoną ilość przeżyć i tajemnic.

dscf5548
Menelska śmietanka towarzyska

dscf5483
My

Czas nam opuścić Rynowo. Tym razem Nexię prowadzi Adam, który także odkrywa w sobie rajdowca. Po drodze jemy jeszcze śniadanie, co wcale nie jest takie łatwe, gdyż wszystko w naszym wielkim worku żywnościowym okazuje się upaprane w sosie śmietanowym z niedomkniętego wiaderka ze śledziami. Znowu narzekania na bałaganiarstwo Dolnoślązaków i to już chyba stały element wycieczek ze mną, wnikliwy czytelnik zauważy bowiem, że zeszłym razem takim motywem był rozlewający się po samochodzie smalec Wystawić język. Mimo moich protestów śledzie lądują w koszu na śmieci, no ale na rozpaczanie nie ma czasu, gdyż docieramy do Wysiedla. Znajduje się tam Perła Ziemi Łobeskiej, czyli kościół p.w.św. Trójcy zbudowany przed 1580r. Widok na elewacje z zewnątrz nie zapowiada jakiegoś szału, ale zgodnie z zasadą „nie oceniaj po wyglądzie zewnętrznym” postanawiamy zwiedzić kościół w środku. W końcu czemuś jest to „Perła”.. Kluczem do kościółka opiekuje się pewna mega zasuszona staruszka mieszkająca w pobliżu, jednak żeby móc wejść do środka musimy wykonać telefon do księdza Filipka i uzyskać od niego zgodę na wejście. Okazuje się to naprawdę warte zachodu. Całe wyposażenie pochodzi jeszcze z renesansu i ozdobione jest scenami biblijnymi. Zastanawiający jest sposób przedstawienia aniołów, niespotykany raczej w innych kościołach, a mianowicie z odsłoniętym biustem..
dscf5566
Prawie jak rezus czyli Conan Zdobywca

W Wysiedlu robimy jeszcze pamiątkowe fotki na wozie po czym jedziemy w stronę Łabędzi, aby za trzecim podejściem spróbować odnaleźć starą mleczarnię. Gdzieś po drodze robimy jeszcze zakupy w wiejskim sklepiku. Jedna z pań powala nas tekstem „A skąd one są, te ludzie?”, z którym zwróciła się do drugiej pani sklepowej, komentując tym naszą obecność. Miejscowym hitem okazuje się Piwo Śląskie i Beczka Gorzka Mocna w plastikowej butelce za 6 zł oraz baterie R20.

Już ze znacznie lepszą mapą (moją!!! Wystawić język) znajdujemy tuż przed Karsiborem zjazd w polną drogę prowadzącą nad jezioro Przytocko. Po ruinie mleczarni zostały już tylko fundamenty i wybujałe krzewy dookoła, ale ja jestem pewna, że to właśnie to miejsce. Polna droga przeradza się w leśną i jakimś cudem udaje nam się trafić w to samo miejsce nad jeziorem, gdzie trzynaście lat temu przyjeżdżałam z rodzicami. Ekipa nie może już chyba wytrzymać całego mojego nawału wspomnień i przypowieści, ale moja radość jest przeogromna. Pojawia się tez pewna nostalgia. Za czymś co nieodwracalnie się zmieniło, refleksja nad przypadkowością losu ludzkiego i upływem czasu. Jest to naprawdę jakieś dziwne uczucie, oglądać te znajome rzeczy po tak długim czasie, jakby zupełnie innym okiem, jakby tamta osoba sprzed 13 lat była kimś zupełnie innym..
dscf5657
Organiści - gra na cztery ręce

W jakimś dziwnym, refleksyjnym nastroju żegnam się z dziką plażą nad Przytonkiem. Jedziemy znowu do nieszczęsnego Karsiboru, a stamtąd leśnymi drogami planujemy dojechać do Bornego. Jazda jak zwykle jest hardcorowa, zwłaszcza że pewne odcinki budzą spore wątpliwości. Błoto po kolana albo wielkie koleiny. Nexia okazuje się jednak prawdzie bojowym autem, a Adam godnym wzięcia udziału w rajdzie Dakar Wystawić język.
dscf5671
U św. Piotra

Z tłumikiem „jak złoto” docieramy do nieobecnego na mapie Jutrosina. Tam naszą uwagę przykuwa budynek z wysokim kominem, usytuowany na wzgórzu. Szybka decyzja i już za chwile parkujemy tuż przed nim. Pierwszym impulsem jest wspięcie się na komin, a dokonuje tego Jakub. W tym czasie cała „wycieczka” rozpierzcha się niczym dzikie zające. Marysia penetruje wnętrze, Adams chodzi gdzieś dookoła budynku, Adam robi foty, ja biegam po łące. Nagle na polnej drodze na wzgórze pojawia się traktor z broną. Pierwsza myśl jest taka, „Rolnik wyjeżdża do pracy.. tylko co on chce tu bronować..?”. Że nie będzie różowo dociera do mnie, kiedy traktor zatrzymuje się przy naszym aucie, tak że brona odcina możliwość wycofania się. Z traktora wysiada mężczyzna i kieruje się w naszą stronę z łomem w ręku. Adam idzie do niego i żartobliwie mówi coś w rodzaju „chyba nie będzie pan nas bił”. Mężczyzna z miną gniewnego Zeusa odpowiada tylko niezbyt kulturalnie „Wypier…. stąd” i okaże się, że wiele więcej powiedzieć nie potrafi. No może poza groźbą , że powybija nam szyby i podsumowaniem nas jako okradających uczciwych ludzi biznesmenów. Na nic zdają się tłumaczenia, że nie było oznaczenia „teren prywatny” ani też żadnego płotu, ani tez że tylko zwiedzamy. Chłop jest wysoki, barczysty, przeto zwołujemy naszą ekipę i szybko odjeżdżamy. Potem stwierdzamy, że był to taki prawdziwy człowiek tego miejsca, oddalonego od cywilizacji, „chłop chmurny i durny”. W pewnym sensie atrakcja i dobry motyw, bo całe szczęście nie doszło do żadnych zamieszek.
dscf5722
Tu już było ostro Wystawić język

Z zapomnianego Jutrosina wyjeżdżamy na „żółtą drogę”, którą dojeżdżamy do Gawrońca. Tam odbijamy na Stare Resko, a po drodze zwiedzamy kościół zbudowany na planie koła. Panie tam sprzątające jakby dla kontrastu z mieszkańcem Jutrosina są na tak miłe, że pozwalają nam wejść nawet na poddasze. Zapach starego drewna, jakieś zapomniane figurki świętych… jakby czas zatrzymał się sto lat temu.

p1010013
Mary w wersji Tomb Raider

Z Gawrońca jedziemy przez Stare Resko do Przyrzecza, gdzie zjeżdżamy znowu w szutrową drogę. W lesie pojawia się nawet pomysł zakotwiczenia na noc, ale naszym priorytetem jest znalezienie jeziora, a tam są tylko małe oczka wodne i moczary, raczej nie nadające się na kąpielisko. Teraz za cel obieramy sobie lotnisko w miejscowości Ziemsko. Znowu wyścig ze słońcem. Mijamy pustawe wioski i ozłocone zachodzącym słońcem pola. Oleszno i jego okolice wydają się zupełnie zapomniane. Jakaś strefa zero. Już choćby znaki drogowe i tablice informujące o nazwie miejscowości napisane są dziwną, jakby „kolejową” czcionką. Dookoła las, ale wszystkie wjazdy do niego opatrzone są tabliczkami „Teren wojskowy. Wstęp surowo wzbroniony”. Odpuszczamy więc lotnisko i szukamy jakiegoś jeziora. Gdzieś w okolicy Ziemska zatrzymujemy się przy wieży widokowej do obserwacji ptaków nad jakimś zarośniętym, bagnistym jeziorkiem. Krótka dyskusja czy zostajemy tu na noc przebita zostaje ostatecznym argumentem, że plaża tu jest „typu flegamina”. Ciśniemy więc dalej. W Studnicy trwa gruba wojskowa wiksa grillowa. Taka prawdziwa wiejska biba z hitami a la Ich Troje. Pytamy się grupki napotkanych wyrostków czy wiedzą, czy gdzieś tu jest jakieś jezioro. Jeden mąciportek kieruje nas w las i choć jedziemy tam niezbyt przekonani o szczerości jego wskazówek, znajdujemy miejsce tak godne, że Chomik chce im wszystkim zafundować po Tymbarku. Jezioro jest dość małe, otoczone lasem i przede wszystkim zupełnie wyludnione. Namiot, ognisko, kiełbasa, pieczone ziemniaki, resztka wódki z wczorajszego dnia, dwa wina firmowe Astatu i „Beczka Śmiechu” czyli Beczka Gorzka Mocna, więc nietrudno sobie wyobrazić, że melanż był mocny. W pewnym momencie wpadam na pomysł odszukania „mola”, czyli wyprawy na drugą stronę jeziora. Chłopaki już na ciężkiej petardzie, ale daliśmy radę, choć nasze „molo” miało może najwyżej 1,5 m długości. Ogólnie mówiąc nastąpiła kumulacja myśli egzystencjonalnych, której ujściem była godzinka szczerości i zwierzeń na molo, uwieńczona kąpielą w jeziorze co niektórych.
p1010142
Kąpiel z rana jak śmietana :-)

Następny dzień dla tych samych niektórych był dość ciężki i nawet herbatka z igliwia nie pomogła na pewne dolegliwości Wystawić język. „Lecznicza” kąpiel w jeziorze, śniadanie w postaci kanapek, fasola zagotowana w puszce w ognisku, owa herbatka z igliwia i wody jeziornej zrobiona w tejże samej puszce i jedziemy z misją odwiedzenia Juchowa (w wersji dla dorosłych Chujowa). Tym razem za kierownicą jestem ja i znowu jest hardcore, zwłaszcza, że mam pewne problemy z przyzwyczajeniem się do Nexii i tylko co chwila rozlega się jęk Adama jak wrzuca mi się jedynka zamiast trójki albo walimy tłumikiem w muldy na leśnych drogach. No ale cóż, trzeba by mieć przeogromną cierpliwość, żeby jechać mniej niż 10 km/h przez dłużej niż 5 minut, a ze skrzynią biegów naprawdę było coś nie tak Wystawić język.
dscf5770_1
Nieprzebite chmury (said by Chom :-))

Z „czerwonej drogi” na Szczecinek odbijamy w uroczo brukowaną drożynę prowadzącą do Strzeszyna i chociaż dwa kilometry pokazane na drogowskazie okazują się chyba dwunastoma, trasa jest naprawdę warta zachodu. Śliczne „kocie łebki” ułożone ciasno jeden przy drugim. Adam zarzuca jakimś góralskim hitem i choć błądzimy strasznie jest git. Jakimś cudem udaje nam się w końcu dotrzeć do Juchowa. Zapytacie, co takiego jest w tym Juchowie? Odpowiadam więc: ruina pałacu z XIX wieku. Znacznie większa od dworku w Rynowie, chociaż klimat jest tu zaburzony przez bliskość ohydnych bloków. Są na tyle blisko, że słychać wyraźnie dźwięk odkurzacza i jakąś muzę typu radio Eska, co w tym momencie do eklektycznego pałacu zupełnie nie pasuje. Przedzierając się przez pokrzywy mojej wysokości badamy całą ruinę. Tu również „dostępny” jest tylko parter i piwnice. Jednak zachowały się kafelki czy ozdobiony florystycznym wzorkiem tynk.

Kolejny i jak się okaże nie ostatni cel to Borne Sulinowo. Poradzieckie miasto-widmo. Rzeczywiście bardzo wiele domów tutaj to pustostany. Odwiedzamy miejscowe muzeum i tam dostajemy „natchnienie” na zwiedzenie pobliskich dzikich bunkrów Wału Pomorskiego. W tym momencie moja cierpliwość zostaje wystawiona na poważną próbę, bowiem nikt nie wie za bardzo gdzie chcemy wpierw jechać i którędy. Krążymy więc trochę jak gówno w przerębli, aby w końcu z piskiem opon zatrzymać się przed „cmentarzem z pepeszą”. Groby są tu opuszczone, a wiele z nich bezimiennych. Szczególnie wzruszający jest nagrobek dziecka, na którym położono laleczkę, o dość upiornie zniekształconej przez czas fizjognomii. Wracając z najdalszej części cmentarza słyszymy jakieś kobiece głosy, mocno przytłumione tak, że nie idzie zrozumieć słów. Spoglądam na otaczający cmentarz las, ale nie widać tam żadnych ludzi. Może gdzieś dalej byli jacyś grzybiarze? Może…
dscf5761
Jeszcze parę fotek płotków cmentarnych i jedziemy szukać bunkrów. Oczywiście nie zjeżdżamy w tą drogę co trzeba, ale z pomocą miejscowego pana spotkanego wśród pól, udaje nam się dotrzeć do owych bunkrów ukrytych w lesie. Otrzymujemy tez dokładne wytyczne czego się w nich spodziewać. A trzeba trochę uważać, bo niektóre z korytarzy zalane są na spodzie wodą i przypomina to trochę kanały ściekowe. Jest też jedno przejście nad przepaścią po desce. Po solidnym uderzeniu w nią nogą (podwójne kakato Wystawić język) echo niesie huk tak mocny, jakby ktoś bombę odpalił. Docieramy też do wysokiego szybu, w którym ktoś zmontował niezwykle osobliwą drabinę z powiązanych rur i gałęzi. Adamowi udaje wspiąć się do połowy, jednak dalszej penetracji stanowczo mu odradzamy, bowiem drabinkę trzeba by przerzucić na drugą stronę, przejść przez przewieszkę i w ogóle cudem byłoby jeśli nie spadł by na dół na ten cały sztryms. Z bunkrów jedziemy już prosto do Poznania. Jeszcze zamieszane ze zgrywaniem zdjęć w kafejce internetowej, w której Chomikowi zaczął się włączać reset, pożegnanie, no i ja i Jakub wsiadamy do pociągu do Wrocławia. Poznajemy chłopaka, który uciekł z morderczej pracy w Hiszpanii, trochę rozmów o życiu, parę dowcipów i o 2 w nocy jesteśmy w mieście. Dużo czasu jednak upłynie nim wszyscy wrócimy do szarej rzeczywistości... Zwłaszcza, że już następnego dnia dostaję od Jakuba propozycję rejsu z Kilonii do Świnoujścia Wystawić język.
dscf5820
W jednym z bunkrów Wału Pomorskiego

* ja osobiście byłem przerażony, bo Chomik gnał jakby go gonił któryś z Kaczyńskich albo co najmniej Ziobro. Ale na szczęście dojechaliśmy :-)

** rzuca mnie ta metafora na kolana. Naprawdę piękna jest.

*** ilekroć w tekście jest mowa o "niektórych", Lila ma na myśli mnie. To tak żeby nie było niedomówień :-)

**** ja też tylko tak by the way - zaobserwowałem albowiem ciekawą prawidłowość antropologiczną - mianowicie kobiety Dolnego Śląska reprezentowane w moim życiu przez Natalkę, Lilkę i Sylwię, notorycznie i dramatycznie paprzą się wszystkim co jedzą. Śledziami, lodami, smalcem i czym tam jeszcze. Planuję pogłębić badania na ten temat, a na razie przestroga dla właścicieli samochodów - jeśli Lila będzie chciała wsiąść do Waszych brykaczy z jedzeniem, albo Natalia jeść w Waszym towarzystwie lody, jak najszybciej uciekajcie. Jak najszybciej i jak najdalej :-)

***** gorzej jest z zejsciem :-)



  Bądź pierwszym który skomentuje
RSS komentarzy

Napisz komentarz
  • Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
  • *Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.
  • Zachowaj w pamięci treść jeżeli pomyliłeś kod.
Imię:
E-mail
BBCode:Web AddressEmail AddressBold TextItalic TextUnderlined TextQuoteCodeOpen ListList ItemClose List
Komentarz:



Kod antyspamowy:* Code
Chcę być powiadamiany emailem o dodaniu nowych komentarzy

 
Nasi patroni medialni
National Geographic Traveller npm magazyn turystyki górskiej Radio Merkury Onet.pl