Miejsca: Najpierw Czaplinek, potem Hel i Jastarnia
Skład: Lilka, Ala, Łukasz i ja
Termin: 10-12.08.2007 r.
Tekst poniżej znów napisany przez Lilkę - aż się chce jeździć z ludźmi, którzy potrafią tak ładnie ubierać w słowa nasze wspólne przeżycia Ja dodam tylko od siebie kilka przypisów, które dla odróżnienia zaznaczę na zielono.
Testujemy sprzęt
Niestety mało fotek, ale aparat zbuntował się przeciwko przebywaniu w jednej torbie z mokrym, zapiaszczonym ręcznikiem i obecnie wymaga reanimacji.
Jeszcze w Czaplinku - przymierzam piankę. Po lewej Irysek - cudo nie pies
Kolejny weekend nad morzem. W sobotę mniej lub bardziej rano wyruszamy całą ekipą z Czaplinka w stronę Gdańska*. Trasa niezwykle malownicza. Jeziora przenikają się z otaczającymi je lasami, a zabudowania z zielenią… Z początku wszystko jest zamglone, ale w miarę dnia słońce jakby powoli odwija się z papierka. My zaś albo kontemplujemy/śpimy albo mamy totalną głupawkę, oczywiście oprócz kierowcy, który nadmiernie uaktywnia się tylko przy jakichś lepszych bitach w radiu Jedziemy bez problemu aż do okolic Władysławowa, gdzie grzęźniemy w megakorku. Skutkuje to konsumpcją resztek „Balsamu mnicha”. Jednakże po dłuższym czasie stania w owym nieszczęsnym korku nawet balsam nie jest w stanie załagodzić frustracji. Trzeba więc otworzyć piwo
Obiadokolacja na plaży w Helu
W końcu wydostajemy się z korka i przez Hel jedziemy gładziutko jak po maśle (a raczej smalcu, ale to wyjaśnione będzie później )
Głębokim popołudniem docieramy na plażę w Helu. Oczywiście zaraz, kiedy tylko rozkładamy ręczniki zaczyna padać, ale całe szczęście tylko przez chwile. Teraz w obroty idzie nasza bezmieczowo-bezstatecznikowa deska surfingowa. I jak się okazuje, wcale nie jest tak łatwo jak w „Słonecznym patrolu”
Walczymy z niecnym dozownikiem, który utrudnia picie z gwinta
Ogólnie jest jamajka. Bałtyk dostaje od nas 10/10pkt za czystość i wdzięczne dno. Za to temperaturze wody daleko do Karaibów.
Wieczorem zwiedzamy Hel i znowu pojawia się ta tęsknota za przynależnością do jakiejś łodzi. Ból, podobny pewnie do tego, jaki odczuwają emigranci oglądający swój kraj na pocztówkach.. (i zaleciało mocno patetyzmem.. )**
Kolejna migawka z plaży
Z myślą obozowania na plaży przenosimy się do Juraty. Zostawiamy samochód i wybieramy jakąś ścieżkę w ciemny las, ciągnąc ze sobą pełne wyposażenie, w tym deskę surfingową, dmuchany materac i wałówkę w paru siatkach. Ścieżka okazuje się chyba tylko szlakiem toaletowym, bo zawodzi nas w gęsty lasek jakiejś kosodrzewiny, oddzielony od plaży drutem kolczastym***. Chcąc nie chcąc musimy zawrócić i wzdłuż torów kolejowych szukać publicznej drogi na plażę.
Kiedy po pełnym dniu trudów rzucamy w końcu rzeczy na piasek, noc jest już zaawansowana. Krótka wiksa z udziałem wódki weselnej, trochę rozmów o problemach z cielesnością**** i kładziemy się spać.
Wciąż Hel - my i nasz deska :-)
Następny dzień niestety już pod znakiem spiny. Zapiaszczone kanapki, szybka kąpiel wśród meduz wielkości talerzyka za 0,99zł i przepakowywanie w samochodzie, którego efektem jest smalec everywhere (nie zabierajcie nigdy smalcu na letnie wycieczki!!! A zwłaszcza w dziurawych siatkach )***** Żegnamy się z Łukaszem i Alą i w ostatniej chwili wbiegamy z Adamem na tramwaj wodny, kursujący pomiędzy Helem a Gdańskiem. Słońce pięknie błyszczy się w wodzie, a wiatr neutralizuje upał. W Gdańsku nasze drogi rozstają się. Adam idzie łapać stopa do Poznania, a ja wsiadam do PKSa aby zacząć mazurski rozdział wakacji.****** * noc z piątku na sobotę spędzamy w Czaplinku u rodziców Lilki, jej siostry Kici i dziadków, gdzie podejmuje się nas przepysznym gulaszem i skróconym kursem na temat budowy desek surfingowych w wykonaniu pana Taty. Dziękujemy za gościnę!
** w Helu udaje się nam popodpatrywać z wysokości pokazy kaskaderów, które jednak okazują się być bardziej interesujące dla Ali i Łukaszka. Lilkę i mnie, jak przystało na prawdziwych żeglarzy, ciągnie morze - po spacerze po nabrzeżu instalujemy się na jednej z portowych wieżyczek nawigacyjnych i prowadzimy poważne egzystencjalne rozmowy. Wnioski - na pewno w maju płyniemy na jakiś rejsik, a jak się uda to dodatkowo w sierpniu Sankt Petersburg na czymś dużym typu Pogoria. A co! Aha, za śmieszną sumę 6 zł udaje mi się jeszcze kupić na jakimś pchlim targu 2 komiksy z serii Aldebaran. A w niedzielę Lila łapie klimat i zobowiązuje się przetłumaczyć z francuskiego kolejne, nie wydane po polsku części. Czyli jest nieźle.
*** kto dzielnie rusza na zwiad w ciemny i pełen min las? Adam
**** temat nie do końca wyjaśniony, ale będziemy jeszcze nad nim pracować
***** żeby nie było wątpliwości - smalec był Lilki, a na dowód że na świecie jest jeszcze jakaś sprawiedliwość, główną ofiarą tej akcji padła właśnie ona. Litościwie nie napiszę gdzie się uświniła, ale miałem poważne obiekcje czy wchodzić (wbiegać) na tramwaj wodny w jej towarzystwie, czy raczej udawać, że jej zupełnie nie znam
****** na szczęście w tramwaju są łazienki i Lilka może się przebrać. Teraz od biedy można się znów do niej trochę przyznawać . Kiedy jesteśmy na środku Zatoki Gdańskiej i zaczytujemy się naszym zdobycznym komiksem, dzwoni mama Lilki z informacją że w Zatoce grasuje wieloryb. Niestety nie jest dane nam go ujrzeć, ale atrakcją jest już sama świadomość, że takie wielkie coś pływa sobie gdzieś pod nami. W samym Gdańsku mijamy w pędzie na dworzec PKS jarmark św. Dominika (aż szkoda że nie mamy więcej czasu, bo w takich miejscach można zawsze znaleźć dużo ciekawostek). Potem jeszcze wspólny McDonald i pożegnanie. Aż mnie skręca, tak zazdroszczę Lilce tych Mazur... Ale co robić, Astat czeka... A Błazenki zostają na Helu aż do środy i uczą się windsurfingu. I to tyle moich przypisów.
Komentarze (1)
Napisz komentarz
Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
*Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.