Miejsce: Południowa Skandynawia (Szwecja, Norwegia)
Skład: 18 osób w czterech samochodach - rozpiska poniżej
Termin: 28.04 - 06.05.2007 r.
Do wniosku, że chciałbym znów odwiedzić Skandynawię,
doszedłem wędrując z Nat, Sylwią i Chomikiem po lasach Bornholmu i po małej,
cudownej wysepce Christianso, położonej kilkanaście mil od południowego
wybrzeża Szwecji. Było to podczas naszego niezapomnianego październikowego
rejsu po Bałtyku. A w styczniu okazało się, że chętnych na te tereny może być
więcej... I tak w ciągu trzech miesięcy ukształtowała się 18-osobowa grupa
fajnych, otwartych ludzi z kilku różnych środowisk, z którymi spędziłem
fantastyczne i pełne przygód 8 dni. Z tego miejsca, dla nich wszystkich –
wielkie dzięki!
Uczestnicy wypadu do Skandynawii:
|
|
Natalka
|
Adam |
 |
 |
Sylwia
|
Wiciu |
 |
 |
| Kaszubka |
Ania K.
|
 |
 |
Bomba
|
Kuba
|
 |
 |
Ala
|
Jasiu |
 |
 |
Basia
|
Tomek |
 |
 |
Malina
|
Magda z Krakowa
|
 |
 |
| Magda |
Radziu |
 |
|
Asia
|
Marcin |
***
Dzień 1, 28 kwietnia, sobota
Nasza wyprawa rozpoczęła w sobotni poranek 28 kwietnia pod
garażem Wicia. Spotkały się tam trzy z czterech tworzących naszą kolumnę
samochodów: Świnek, czyli mój siedemnastoletni Opel Vectra, służbowa Nexia z
1996 roku i Opel Astra Tomka, ochrzczony później mianem Kozak. Z ekipą
czwartego samochodu mieliśmy się spotkać dopiero na promie w Świnoujściu,
ponieważ Marcin, Asia, Magda i Radek startowali gdzieś z północy Polski.
Dodatkowo w Szczecinie w miejsce prowadzącego Świnka Łukasza miała wsiąść
Malina, która dojeżdżała tam pociągiem bezpośrednio z Berlina. Łukasz natomiast
planował spotkać się w Trzebieży nad Zalewem Szczecińskim z ekipą Studentów pod
Żaglami, czyli uczestników kolejnego rejsu Rafała Stańca, naszego komandora
sprzed roku.
5.30 rano – startujemy. Tomek, Jasiu i Ala jadą do Tarnowa
Podgórnego po Basię i tam mają na nas czekać, bo to po drodze, a pozostałe auta
ruszają w stronę Piątkowa, aby zabrać Anię K. i Kubę. W Nexii siedzimy w
składzie Nat, Sylwia, Kaszubka, Wiciu i ja jako kierowca, a w Świnku poza
Łukaszem jest Bomba i Magda, która przyjechała stopem z Krakowa do Poznania
dzień wcześniej.
Po przejechaniu jakiś 400 metrów widzę w bocznym lusterku,
że Świnek zatrzymuje się przy poboczu. I od razu czuję, że coś jest nie tak.
Rzeczywiście - parę sekund później dzwoni Łukasz. Co się stało? Poszła opona.
Sobota, świt, mamy tylko 5 godzin na dotarcie do promu, nawet przy w miarę
szybkiej jeździe czasu jest tak na akurat. A tu klops - nie możemy odkręcić
koła, a nawet jeśli odkręcimy to perspektywa jazdy bez zapasówki przez
skandynawskie bezdroża jest raczej mało optymistyczna. Ania i Kuba dzwonią,
czemu nas jeszcze nie ma, trochę nerwowo. Wiciu mówi, że przy Głogowskiej jest
chyba wulkanizator otwarty 24 h. Bomba i Magda wsiadają w autobus i jadą do
Kuby, a my ze Świnkiem na feldze – na Głogowską. Wulkanizator jednak nie jest
24 h – budzimy go, klnie jak szewc ale wstaje. Tylko że klucza pneumatycznego i
tak nie odpali, bo sąsiedzi go zabiją. A na zegarkach już 6.00, robi się coraz
groźniej. Desperacja dodaje nam sił – metodą skakania po kluczu w końcu
odkręcamy to koło. I potem idzie już łatwo – wulkanizator przygotowuje
nam zapasówkę, w pędzie zabieramy spod domów Anię i Kubę, i z ponad godzinnym
opóźnieniem w końcu wyjeżdżamy z Poznania.

Poznań, 05.45 - walczymy z zapieczonymi śrubami
W Gorzowie jesteśmy dość szybko – czujemy się na tyle
pewnie, że decydujemy się zrobić zakupy. Gdybyśmy wówczas wiedzieli, że na
finiszu będzie się liczyć każda sekunda, nie pozwolilibyśmy sobie na spokojne
wybieranie gatunku chleba czy rodzaju fasolki. Ale nie wiedzieliśmy...
Koło 10.30 zbliżamy się do Szczecina. Do przejechania jest
jeszcze koło 120 km, a odprawa samochodów kończy się o 12.30. Dzwonimy do
Maliny, żeby brała taksówkę i wyjeżdżała na obwodnicę – nie chcemy pakować się
w miasto, żeby zaoszczędzić na czasie. Zatrzymujemy się w umówionym miejscu,
ustalamy, że Świnek z Wiciem jako kierowcą i Kozak mają jechać na odprawę, aby
w razie czego przykuć się do promu i opóźnić odpłynięcie. Łukasz przesiada się
do nas, chce wsiąść do taksówki, którą przyjedzie Malina i jechać do centrum.
Czekamy, czekamy, czekamy, a czas płynie... Dzwoni Marcin,
są już na promie, co z nami? Każemy mu spokojnie czekać, jeszcze wierzymy że
zdążymy. Ale umówione miejsce okazuje się być miejscem niewłaściwym –
gorączkowe rozmowy Łukasza z taksówkarzem Maliny, powrót aż do południowych
rubieży Szczecina, nerwowe czekanie na stacji benzynowej, śledzenie
wyświetlacza na pokładowym zegarze. W końcu nadjeżdża taksówka z Maliną –
szybkie przywitanie i pożegnanie, Malina do nas, Łukasz do taksówki i - szalona jazda do Świnoujścia. Czy w Polsce
da się przejechać 120 km w godzinę i 10 minut? Normalnie nie. Ale jeśli jedzie
się z osobami kompletnie pozbawionymi instynktu samozachowawczego, z Sylwią
która przy wjeździe na stromą górkę przy podwójnej ciągłej krzyczy „Wyprzedzaj,
wyprzedzaj!!!” i z Natalią, która każe przyspieszać na zakrętach, gdzie jest
ograniczenie do 40 km/h – wtedy jest jakaś szansa. Z całej tej drogi
najbardziej pamiętam tańcującą niezmiennie w okolicach cyfry 130 wskazówkę
szybkościomierza i mijane w pędzie średnio co 5 km sympatyczne tablice z
informacją: Prom Świnoujście – Ystad: codziennie o 13.00. I wariackie rozmowy z
Wiciem – że mamy pędzić, że odprawa jest jednak do 12.45, że może jeszcze się
uda, gdzie jesteśmy??? Nat mówi zgodnie z prawdą, że jeszcze 20 km. Jest 12.30.
W telefonie nagła cisza. Po czym Wiciu mówi spokojnie „Aha” i rozłącza
się.
Do teraz nie wiem, jak to zrobiliśmy ale udało się. Kiedy
wjeżdżamy na terminal promowy w Świnoujściu, jest 12.46. Wszyscy klaszczą,
śmieją się, zdążyliśmy! Ale panie w kasach wbijają nam na biletach pieczątki z
napisem „warunkowo”, co oznacza, że prom może odpłynąć, zanim na niego
wjedziemy. Jak wariaci pędzimy po nabrzeżu i nasza zamykająca kolumnę Nexia
wpada na prom jako przedostatni wpuszczony samochód.
Rozluźniam się trochę dopiero siedząc już przy stole w
promowej restauracji – wykończony, ale szczęśliwy. Nasza majówkowa Skandynawia
zaczyna nabierać jakichś realnych kształtów. Chociaż, skoro taki był początek,
to co będzie dalej?...
Wiadomo – fajnie będzie!
***
Podróż promem mija nam bardzo szybko – poznajemy się z Asią, Magdą,
Radkiem i Marcinem, robimy wstępne rozliczenie dotychczasowych wydatków, a
część z nas po nieprzespanej nocy (impreza Astatu) idzie prawie od razu spać.
Do Ystad dopływamy planowo o godz. 22.00. Nie zatrzymując się w mieście ani na
chwilę – mimo paru godzin snu na promie jesteśmy mocno zmęczeni – ruszamy w
kierunku na Malmö, rozglądając się pilnie za jakimś lasem, w którym moglibyśmy
założyć nasz pierwszy biwak. Po jakichś 40 minutach i zjechaniu z głównej trasy
na polne drogi znajdujemy idealne miejsce – las, cisza, omszałe kamienie. Pod
drzewami panuje już mrok, czuć również chłód nocy, który będzie nam towarzyszyć
praktycznie na wszystkich noclegach na terenie Skandynawii. Oczywiście nie
zrażamy się trudnościami, nastroje są świetne, jak na pierwszy raz w takim
składzie nawet dość sprawnie stawiamy namioty, gotujemy kolację i rozpalamy
ognisko. Okazuje się, że oprócz Bomby i Jasia, gitarą bardzo sprawnie posługuje
się również Magda. Śpiewamy, rozmawiamy, integrujemy się, mi pomimo zmęczenia
zupełnie odechciewa się spać – naprawdę godny, klimatyczny wieczór, który
kończy się koło 2.00 w nocy.
Dzień 2, 29 kwietnia, niedziela
Pobudka koło 9.00, spokojne śniadanie i zwijanie
obozu, do Malmö dojeżdżamy w okolicach południa. Tu dzielimy się na grupy, z
których każda zwiedza wg własnej koncepcji. Mi osobiście Malmö wydaje się sympatyczne - jest zielone, schludne, ma duży park w centrum i stylową starówkę. W ferworze zdobywania informacji o mieście na Dworcu kolejowym gubię Nat, dzięki czemu mam okazję do radości kiedy ją po półtorej godzinie odnajduję. Zdecydowanie wolę ją znajdywać niż gubić.
Wyjeżdżając z Malmö decydujemy, że rozbijemy biwak jeszcze
za dnia, przed Göteborgiem, i dopiero potem pojedziemy zwiedzać, żeby potem nie
musieć się męczyć w ciemnościach. Tak też robimy, po dość długich
poszukiwaniach udaje się nam znaleźć bardzo fajne miejsce mniej więcej 25 km od
Göteborga, w miejscowości Kungsbacka – na łączce z widokiem na las, jakieś 50
metrów od rzeki. Budujemy nasz miasteczko i ruszamy. Jeszcze przed Kungsbacką
okazuje się, że moja karta nie rejestruje transakcji wykonywanych przez
automatyczne terminale na stacjach benzynowych – przy każdym tankowaniu
otrzymuję smsa z informacją o zmianie stanu konta jedynie na wartość od 1 do 5
PLN. Po powrocie do Polski okazuje się jednak, że pieniądze z konta są
ściągane, tylko nie wiadomo czemu system nie informuje o tym za pomocą smsa.
Szkoda, byłoby pięknie, gdyby pełen bak kosztował np. 2 złote...
Po Göteborgu oprowadza nas Grześ, którego znam jeszcze z czasów podstawówki, i który
mieszka tu prawie pół roku. Miasto by night robi wrażenie wymarłego i dość
smutnego – to chyba typowo skandynawska cecha, bo podobne wrażenie miałem
wcześniej i w nocnej Kopenhadze, i w obu portach na Bornholmie (Ronne i Nexo),
i w miejscowościach na wschodnim wybrzeżu Szwecji, które odwiedziliśmy z Magdą
w 2001 roku.
Przez około półtorej godziny spacerujemy z Grzesiem po centrum, dłuższy
odpoczynek robimy na nabrzeżu w pobliżu przycumowanego na stałe żaglowca, po
czym wracamy do samochodów i obieramy kierunek na nasz biwak. Göteborg nie
rzuca nas na kolana, prawdopodobnie dlatego że trafiamy do niego o niewłaściwej
porze i nie poświęcamy mu należytej uwagi. Być może następnym razem odkryje
przed nami swoją prawdziwą naturę, o której tyle dobrego można przeczytać w
przewodnikach i relacjach turystów.
W drodze do Kungsbacki tankujemy paliwo. Do obozu nasza
Nexia dojeżdża do jako pierwsza – czekamy na pozostałe samochody i coś nie
możemy się doczekać. Zabłądzili? Wychodzę na główną drogę i widzę, nieruchome
światła na poboczu, jakieś 300 m ode mnie. W tej samej chwili dzwoni Marcin –
awaria Bravy, nie mogą zapalić. Dochodzę do nich, kolejne próby nic nie dają,
podczepiamy Bravę do Świnka i holujemy na biwak. Wiciu po kontroli orzeka –
awaria pompy paliwowej. Dzwonię do Grzesia, który wyszukuje nam adresy serwisów Fiata – okazuje się, że
jeden jest nawet w samej Kungsbace. Decydujemy, że będziemy się martwić rano –
wszyscy są zmęczeni, idziemy spać bez ogniska. Drugiego dnia naszej podróży
przebyliśmy około 380 km.
Cdn.
Takie były podstawowe składy samochodów, chociaż w praktyce dość często się zmienialiśmy, głównie ze względu na konieczność zmiany kierowców (na zielono).
|
Nexia
|
Świnek
|
Kozak
|
Brava
|
|
Natalka
|
Ania K.
|
Ala
|
Magda
|
|
Sylwia
|
Bomba
|
Basia
|
Asia
|
|
Kaszubka
|
Magda
z Krakowa
|
Tomek
|
Radek
|
|
Wiciu
|
Malina
|
Jasiu
|
Marcin
|
|
Adam
|
Kuba
|
|
|
Jeździliśmy po takich drogach:
Szukaliśmy przyjaciół...
...swojego miejsca w życiu...
...i odpowiedzi na egzystencjalne pytania:
Wędrowaliśmy po takich górach:
Podziwialiśmy takie widoki...
...i igraliśmy z żywiołami:
Były co prawda momenty kryzysów i załamań...
...ale ogólnie dawaliśmy radę :-)
Teraz zgodnie z obietnicą trochę więcej fotek:
|
- Komentarze naruszające netykietę będą usuwane.
- *Odśwież* swoją przeglądarkę by dokonać zmiany kodu przed użyciem przycisku 'wyślij'.
- Zachowaj w pamięci treść jeżeli pomyliłeś kod.
| |