| Góry Stołowe - luty 2007 |
|
Miejsce: Karłów pod Szczelińcem („Domek w lesie”) Skład: Nat, Bomba, Winia, Sylwia, Gaw, Łukasz, Wiciu, Toszek, Kuba i ja
Termin: 23-25.02.2007 r.
Przymiarki do wyjazdu w góry trwały od początku roku. Hasło rzuciły Iza M. i Matka, dlatego im właśnie dedykuję niniejszą relację, mimo że żadna z nich ostatecznie nie mogła z nami pojechać.
Oto galeria z najfajniejszymi moim zdaniem zdjęciami. Jestem oczywiście otwarty na sugestie i jeśli ktoś uważa, że nie zamieściłem czegoś, co jest tego warte, to proszę o cynka
Na początek parę haseł dla wtajemniczonych (niektóre znajdą wyjaśnienie w tekście poniżej):
Z Poznania wyjeżdżaliśmy w nocy z czwartku na
piątek, bezpośrednim pociągiem do samej Kudowy Zdrój. Tam odebrał nas pan
Waldek, który zawiózł nas swoim busikiem do granicy z Czechami, gdzie
zrobiliśmy zakupy – głównie napoje i dodatki do napojów. Przy okazji
dowiedzieliśmy się też, dlaczego Czesi mają wyższe PKB na głowę niż Polacy –
otóż oszczędzają na reklamówkach i każdy klient, niezależnie od tego ile towaru
kupi, ma prawo tylko do jednej siatki. Taka ciekawostka No i jeszcze jedna przydatna informacja dla fanów pistacji – w Czechach jest o połowę taniej! Droga z Kudowy do Karłowa wije się przez bukowiny i sosnowe lasy malowniczymi serpentynami, przez które pan Waldek śmigał jak kozica. Nawet wówczas, kiedy od pewnego momentu na drodze i wokół niej pojawił się śnieg. Tak przybyliśmy do pięknie położonego gospodarstwa turystycznego pani Krysi – czyli do Karłowa, na skraj lasu, niemal pod sam Szczeliniec.
Na miejscu byliśmy koło 10.00 i zdecydowaliśmy, że
od razu ruszamy na szlak. Na miejscu zostali tylko Kuba, który miał gorączkę i
chyba wszystkie możliwe objawy grypy zamierzającej przeistoczyć się w zapalenie
płuc, i Bomba z misją pielęgniarki. Reszta wyruszyła na Szczeliniec.
Początkowo trasa wydawała się łatwa, potem jednak okazało się, że śnieg i lód potrafi ą zamienić prowadzące na górę schody w prawdziwą zjeżdżalnię. Czyli było zabawnie :-). Oczywiście jak zwykle udało się nam wytyczyć kilka swoich własnych szlaków i zdobyć parę skałek, na które osoba normalna raczej by nie wlazła. Poza tym standard – kilka ciekawych sesji fotograficznych, trochę walki na śnieg i na śnieżki, i ogólnie bardzo fajna atmosferka, która jednak i tak okazała się jedynie wstępem do tego, co działo się, kiedy wróciliśmy do naszego Leśnego Domku.
A działo się naprawdę sporo
– po krótkim odpoczynku zeszliśmy do podziemi, gdzie na drewnianych ławach, w
bliskim sąsiedztwie płonącego na kominku ognia, rozłożyliśmy nasze czeskie
zdobycze. Imprezkę tradycyjnie rozkręcił Łukasz ze swoją gitarą (dzięki!), a
potem wydarzenia toczyły się już swoim własnym, zapisanym w gwiazdach torem. Dla przypomnienia klimatu
słowa „Księdza Bernardyna" (druga zwrotka dla Łukaszka do przemyślenia :-)):
Raz do księdza Bernardyna
-Proszę księdza Bernardyna,
-Trochę
niżej, trochę niżej,
-Trochę
niżej, trochę niżej,
-O mój chłopcze, to występek,
-Trochę wyżej, trochę wyżej, Proszę księdza Bernardyna! -O mój chłopcze, ja cię gwizdnę, Całowałeś dziewczę w ... :-) -Nie dostaniesz rozgrzeszenia, turu ruru, do widzenia! :-) Ciąg dalszy relacji niebawem ![]() ![]() ![]() ![]()
![]()
|
||||||||||||||||||||||||||||



























.




Bądź pierwszym który skomentuje




