| Krzysztof Kryza - podróże |
Krzycha Kryzę poznałem na pokazie slajdów z Mongolii w 2001 roku. Od
tego czasu jesteśmy w mniej lub bardziej stałym kontakcie i wymieniamy
się doświadczeniami. Krzysztof ma ich mnóstwo - jego podróżnicze
dossier jest naprawdę imponujące. Zna bardzo dobrze między innymi:
Rosję, Kamczatkę, Mogolię, Chiny, Indonezję, a w ubiegłym roku 3 miesiące spędził
w Afryce Zachodniej. W maju 2007 wybiera się do Ameryki Południowej.
Poniżej artykuł Krzycha z podróży do Kaszmiru, mam nadzieję że docelowo będzie
tego dużo więcej, tym bardziej że zdjęcia są naprawdę dobre, a relacje niemal zmuszają, by ruszyć jego śladem.![]() Część 1: "Podróż do Tybetu" Ladakh to kraina wysokich szczytów z wierzchołkami pokrytymi śniegiem, księżycowy krajobraz pełen niezwykle kolorowych skał. Jest to skrawek indyjskich Himalajów niedostępny przez siedem – osiem miesięcy w roku, wciśnięty pomiędzy Pakistan a Chiny.
Mityczną atmosferę tworzą liczne klasztory buddyjskie. Modlą się tu ludzie, góry i wiatr, modlą się też strumienie. Zewsząd do Nieba płynie najpopularniejsza mantra „Om mani padme hum”.
Mantry to święte sylaby, które wystarczy tylko powtarzać. Wypisuje się je na chorągiewkach, kamieniach, są w młynkach modlitewnych, wyryte na płaskich kamieniach, z których układa się długie murki długości od kilku do kilkudziesięciu metrów. Każde okrążenie takiego murku jest równoznaczne z odmówieniem wszystkich mantr wypisanych na kamiennych płytach.
Ladakh obecnie jest bardziej „tybetański” niż Tybet chiński. Schedą po kolonializmie, który narzucił swoją własną siatkę granic na mapie Azji, są spory i pretensje terytorialne. W 1847 roku brytyjscy oficerowie otrzymali misję wytyczenia granicy Ladakhu z Chińskim Tybetem. Pracowali mozolnie dwa lata, w końcu bezradnie opuścili ręce, kraj był tak bezludny, nieprzystępny i jałowy, że uznali swoją pracę za absurd. Bo co komuś przyjdzie z jakiegoś lodowca albo kamiennego pustkowia. To naganne zignorowanie rozkazu spowodowało, że nie określono w terenie zasięgu brytyjskiego władania Indiami, co do dziś leży u podstaw sporu terytorialnego.
Pacyfikacja
Tybetu przez chińskie wojsko w 1951 roku i zajęcie 30 tys. km2 Indii
w 1962 roku po krótkotrwałej wojnie, wywołały masową ucieczkę tysięcy
Tybetańczyków do Indii. Uchodźcy w pewnym stopniu zaaklimatyzowali się w nowej ojczyźnie,
ożywiło się życie religijne, dziesiątki klasztorów przyjęły falę wiernych z
Chińskiego Tybetu. Prawda jest jednak taka, że uchodźcy nie mają w Ladakhu łatwego
życia. Pomimo programu opieki i edukacji nadal nie uzyskują statusu uchodźcy, a
jedynie status cudzoziemca. Dokumenty wydawane przez władze Indii określają ich
jako osoby, które przybyły do tego kraju na pielgrzymkę.
Dopiero w latach 70-tych Ladakh udostępniono turystom. Największym zainteresowaniem cieszą się liczne klasztory, które w większości pochodzą z XV i XVI w., a niektóre - jak Alczi czy Lamajuru są jeszcze starsze – ich powstanie datuje się na X i XI wiek. Większość klasztorów i gomp rozmieszczona jest w dolinie Indusu i bocznych dolinach. Ladakh jest jednym z najwyższych na świecie obszarów zamieszkanych przez ludzi – znajduje się na wysokości między 3500 a 4500 m n.p.m. Wysokość ta nie robi tu na nikim wrażenia (oprócz turystów).
Wzdłuż rzeki, gdzie tylko jest to możliwe, uprawia się małe skrawki ziemi, hoduje jaki, kozy, owce i będące głównym źródłem utrzymania konie. Nie ma tu lasów, nieliczne wysmukłe wierzby w pobliżu rzeki to wszystko. Natura kompensuje to jednak niezwykłym kolorem gór. Przez przełęcze na wysokości 5000 - 5600 m n.p.m. biegną drogi i ścieżki, po których przemieszczają się wyładowane ludźmi autobusy i ciężarówki z zaopatrzeniem.
Do liczącego 30 tys. mieszkańców miasta Leh tylko przez trzy - cztery miesiące w roku (VI-IX) można dojechać drogą lądową. Podróż z Delhi przy sprzyjających warunkach trwa trzy dni, a jechać można tylko w dzień. Otwarta dla ruchu w 1989 r. trasa przez Manali tylko na krótkich odcinkach jest asfaltowa. W wielu miejscach liczne ekipy drogowe stale naprawiają uszkodzone wysokogórskie odcinki, wykonując syzyfową pracę. Tuż za Manali zaczynają się strome podjazdy, by w końcu dojechać do Leh, trzeba pokonać setki zakrętów i pętli. Strome urwiste stoki gór można przejechać jedynie systemem serpentyn, trawersując zbocza. Za wioską Kejlong nie ma już zamieszkałych na stałe miejscowości, są tylko posterunki wojskowe i obozowiska robotników w prowizorycznych namiotach. Wrażenia z trasy są niezapomniane, a pokonanie trasy może przyprawić o zawrót głowy. Zaledwie cztery miesiące w roku muszą wystarczyć na zaopatrzenie, stąd na trasie duży ruch. Od świtu do zmroku konwoje ciężarówek marki TATA wolno niczym żółwie, w chmurze spalin i kurzu, pokonują szlak. Niektórzy kierowcy mieli pecha, wskazują na to wraki widoczne daleko w dole.
Droga jest wąska, nasz kierowca spieszy się tak, jak gdyby ktoś nas gonił, każde wyprzedzanie i wymijanie wydaje się grozić nieuchronnym upadkiem w kilkusetmetrową przepaść, a zwrócenie uwagi starcza jedynie na kilka minut. W okolicy pierwszej przełęczy Rotang Pass (3978 m n.p.m.) zaczynam odczuwać zmiany w samopoczuciu, więc - jak zdecydowana większość podróżnych pokonujących tą trasę - oprócz niezwykłych widoków, mam w pamięci również działanie zmniejszonej ilości tlenu w powietrzu. Boli mnie głowa, jakieś nudności, ale to nic, droga jest tak zajmująca, że staram się nie myśleć o nieprzyjemnych objawach, zajmując się fotografowaniem. Rotang Pass to przełęcz najbardziej malownicza, szczególnie, gdy po kilkunastu minutach podjazdu kilkoma serpentynami na pobliskie zbocze, spojrzy się na nią z góry. Do pokonania są jeszcze trzy przełęcze o imponujących wysokościach.
Po trzech godzinach zatrzymujemy się w Darcha. Jest to osada okresowa, w której znajduje się kilka zniszczonych namiotów do wynajęcia, a także restauracji - pod namiotami, o ile ma się apetyt, można tu zjeść popularny dhal lub omlet. Namioty ustawiono nie bez powodu - podróżni szykują się tu do przejechania pobliskiej przełęczy Baralacha La (4883 m n.p.m.). Przełęcz ta słynie z nieprzewidywalnej pogody - nawet w lipcu podróż może zostać przerwana na dzień - dwa przez deszcz lub nawet przez śnieżną zawieję, dlatego namioty są często wykorzystywane.
Piękna pogoda, rozległe widoki, kolorowe skalne zbocza – ani się spostrzegłem, kiedy przejechałem tą rozległą niczym płaskowyż przełęcz. Do Sarchu, gdzie mamy nocleg, jest jeszcze ok. 40 km, więc kierowca się spieszy, by zdążyć przed nocą. Sarchu to obozowisko z namiotami i posterunek graniczny między Himachai Pradesz a Jammu i Kaszmirem. Po zarejestrowaniu na posterunku wojskowym trzeba sobie zorganizować nocleg. Jesteśmy na wysokości 4500 m n.p.m. i nawet w dobrym namiocie noc jest koszmarna - chyba wszyscy cierpimy. Rankiem następnego dnia najgorzej czuje się kierowca, dopiero kilka tabletek stawia go na nogi. Przekraczamy rzekę Tsarap po wąskim żelaznym moście i wśród bajkowych krajobrazów wspinamy się na Lachlung La (5060 m n.p.m.). Trasa przebiega po tak zwanej „Pętli Gata”, przez 20 km jedziemy bardzo stromymi serpentynami po jednym ze zboczy - widoki są zadziwiające. Potem szlak prowadzi przez strome wąwozy.
Dojeżdżamy do Pang. Tu na krótkim postoju można wypić herbatę lub coś zjeść, a umęczony podróżny przygotowuje się do pokonania przełęczy Taglang La. Wszyscy się spieszą, bo chcą dojechać do Leh za dnia, a do pokonania pozostało jeszcze 180 km. Przed przełęczą droga prowadzi przez równinny obszar Morey, kilka namiotów i zwierzęta to cały dobytek koczujących tu Khampów, którzy w niodległej jeszcze przeszłości mieli na tutejszych szlakach opinię rozbójników. Po zajęciu części Ladakhu przez Chiny, do czasu unormowania stosunków między oboma krajami, byli wykorzystywani do nękania wojsk chińskich – bardzo możliwe, że nie bez pomocy CIA.
Jeszcze kilka długich trawersów „wyciętych” w zboczu i jesteśmy na najwyższym punkcie trasy – 5328 m n.p.m.! Jest to druga co do wysokości przejezdna przełęcz świata - Taglang La. To tutaj, przy kamiennym obelisku, zaczyna się Ladakh. Zatrzymujemy się tylko na chwilę, by zrobić zdjęcie i jak najszybciej zjechać w dół z tego wietrznego, ponurego miejsca, stąd już tylko kilkadziesiąt kilometrów do Leh nad Indusem.
Dolina Indusu to piękna kraina, niestety jej stałym elementem jest wojsko. Po krętych drogach przemieszczają się konwoje wojskowych ciężarówek, a licznie rozmieszczone posterunki wojskowe, przez które przejeżdża się tranzytem, nieustannie przypominają o istniejącym sporze granicznym i etnicznych niepokojach.
Skręcamy na północ w boczną dolinę Indusu. Jeszcze tylko 8 km i jesteśmy w Leh. Nad miastem na zboczu widoczny jest 9-cio piętrowy pałac, z zewnątrz cały, jednak w środku całkowicie zrujnowany. Nieco wyżej mały klasztor buddyjski i - o dziwo - w centrum ponad dachami biała kopuła - meczetu? To pierwsze, co przybywający do Leh zapamiętuje.
Jedziemy zatłoczonymi uliczkami, by jak najprędzej znaleźć jakiś hotelik i odpocząć – to teraz najważniejsze. Aklimatyzacja do wysokości jeszcze trwa, więc śpi się źle, a tu nagle niespodziewane budzenie o 4.30. Na całą okolicę z pobliskiego meczetu muezin rozpoczął modlitwy wzmacniane przez głośniki. Skąd w mieście lamaizmu – meczet?!. Zbudowano go za panowania w Indiach mogolskich władców. Nie mogąc zapobiec najazdom na kraj wrogich wojsk z Kaszmiru i Baltistanu, król Ladakhu poprosił o udzielenie pomocy wojskowej Wielkiego Mogoła. Pomocy udzielono, ale nie za darmo – warunkiem było zbudowanie meczetu, konsekwencją zaś jest to, że dziś Ladakh jest nie tylko lamaicki, gdyż dużą część jego społeczeństwa stanową muzułmanie. Stąd też i konflikty oraz obecność wojska.
część 2: "Drogą bitewną do Kaszmiru"
![]()
![]() Z przełęczy zjeżdżamy w rozległą dolinę Sonamarg. Zielona dolina otoczona ośnieżonymi szczytami, iglaste lasy cedrowe, rwąca rzeka Sind przypominały by bardziej Szwajcarię niż Indie, gdyby nie przytłaczająca ilość wojska wzdłuż drogi. Po 9-cio godzinnej podróży dotarliśmy do Srinagaru - letniej stolicy Kaszmiru. Założony ponoć przez buddyjskiego króla Aśokę w III w. p.n.e. Srinagar otoczony jest wodą. Leży między wzgórzami pośród rozlewisk i odnóży rzeki Dżhelam, nad jeziorem Dal. Nie bez powodu nazywany jest "indyjską Wenecją" lub "ziemskim rajem Indii". W powietrzu wisi błękitnawa mgiełka, gubi się w niej zarys otaczających pasm górskich. Zatrzymamy się tu na kilka dni w hotelowej łodzi na jeziorze Dal. Krzysztof Kryza CDN.
|
||||||||































Bądź pierwszym który skomentuje




