| Śladami Wołodyjowskiego i Draculi |
|
Uczestnicy: Sławek - lat 53, Marta - lat 21 (córka Sławka) Zaplanowana trasa: Ukraina (Kamieniec Podolski, Chocim, Odessa) Mołdawia, Rumunia (Brasov, Sighisoara) Termin: pierwsza dekada maja 2006 r.
Już od dłuższego czasu chodził nam po głowach pomysł wyjazdu na tereny znane m. in. z trylogii Sienkiewicza. I nie chodziło wcale o wycieczkę z przewodnikiem, opłaconymi wcześniej hotelami i pośpiechem przy zwiedzaniu - wręcz przeciwnie: ciekawszym wydaje się samodzielne zaplanowanie trasy, zejście z przetartych ścieżek, elementy improwizacji. I zdawaliśmy sobie sprawę, że ten ostatni „szczegół” może być jednym z ważniejszych w trakcie wyjazdu - ale to przecież nas nie zniechęciło. Wiele czasu zajęło nam analizowanie Internetu, map i przewodników (ze sobą wzięliśmy przewodnik Pascala po Ukrainie, choć później przekonaliśmy się o pewnej przewadze przewodnika Bezdroży widzianego u spotkanych na Ukrainie Polaków oraz mapę Rumunii i Mołdawii wydaną przez węgierskie wydawnictwo Karpatia Terkepmuhely Kft. zakupioną w Poznaniu za kilkanaście zł i całkowicie wystarczającą na nasze potrzeby). Nasze wcześniejsze doświadczenia związane z tamtym rejonem to tylko jednodniowa wizyta we Lwowie w roku 2002 i pamięć o szczególnych przeżyciach na przejściu granicznym. Łudziliśmy się, że może tym razem obejdzie się bez takich atrakcji, jak kilkugodzinne czekanie w autobusie lub noc na „ziemi niczyjej”, bo w ukraińskim autobusie celnicy wykryli kontrabandę. Ano, pożyjemy - zobaczymy.
29 kwiecień 2006 - sobota Wyjazd z Poznania do Przemyśla pociągiem relacji Świnoujście - Przemyśl o godz. 22:45. Znając olbrzymie zainteresowanie podróżnych tym pociągiem zdecydowaliśmy się na pierwszą klasę - ok. 20 zł różnicy na jednym bilecie - a może będzie wygodniej. I okazało się, że mieliśmy rację - mimo, że długi weekend trwał już od poprzedniego dnia wielu ludzi zdecydowało się na jazdę w nocy z soboty na niedzielę i druga klasa była zatłoczona, my zaś po całkiem wygodnej podróży ok. godziny 10:37 znaleźliśmy się w Przemyślu (koszt podróży na jedną osobę - 87 zł).
30 kwiecień 2006 - niedziela W Przemyślu byliśmy już cztery lata temu, dlatego zrezygnowaliśmy ze zwiedzania (zostawiliśmy to sobie na drogę powrotną) i od razu poszliśmy do kantoru wymienić złotówki na hrywny (kurs: 1 zł = 0,64 hr). Spod dworca autobusowego w Przemyślu jeżdżą z dużą częstotliwością mikrobusy do Medyki - koszt biletu 2 zł. Po dotarciu na miejsce i przekroczeniu polskiej kontroli przeszliśmy dosyć długi odcinek ziemi niczyjej - i ogarnęło nas przerażenie: przed budyneczkiem kontroli ukraińskiej tłum ludzi. Plotki mówiły o awarii ukraińskiego systemu komputerowego, ale wyglądało na to, że celnicy nie radzą sobie z dużą ilością przekraczających granicę, wśród których większość stanowiły ukraińskie „mrówki”. Z nieba leje się żar, ani śladu cienia, a tu zanosi się na co najmniej trzy godziny stania. Ukraińcy, a szczególnie osobliwy typ Ukrainek (obowiązkowa chusta na głowie u każdej powyżej plus / minus 30-go roku życia, duża siła przebicia [łokciami] i wysoki, kłótliwy ton głosu) mieli chyba nad Polakami przewagę (znajomości?) i oni w większości jako pierwsi dochodzili do kontroli dokumentów. Żołnierze służby granicznej próbowali zrobić jakiś porządek, ale ograniczyło to się do podzielenia czekających na kilkudziesięcioosobowe grupki i oddzielenie ich od siebie, co i tak dało pewien rezultat - dopóki jedna grupa nie została odprawiona, nie podchodził nikt z następnej, czyli nawet najsłabsi fizycznie mieli w końcu szansę. Obok nas było też kilkanaścioro ludzi z plecakami - i jak przyszła kolej na turystów - wszystko poszło gładko i zadziwiająco sprawnie: kontrola paszportu i bez dalszych pytań następny klient. Ok. godz. 13:00 byliśmy w Szeginie wśród czekających na środek transportu do Lwowa. Warto wiedzieć, że wszystkie albo prawie wszystkie autobusy z Przemyśla do Lwowa kończą trasę na Dworcu Stryjskim na dosyć odległych przedmieściach Lwowa i pozostaje jeszcze dojechać do centrum. Dlatego staraliśmy się jechać marszrutką, która zawiozłaby nas w pobliże głównego dworca kolejowego (nie jest to chyba problem: pierwszy pojazd odpuściliśmy ze względu na duży tłok, natomiast następny zawiózł nas prosto do celu). Dworzec we Lwowie zrobił na nas wrażenie - to ładny, duży i stosunkowo niedawno odnowiony budynek.
Fot. nr 1: Przed wojną Lwów był miastem wielu narodów i kultur - kamienica przy ul. Naływajka
W planach mieliśmy znalezienie noclegu i popołudniowy spacer po mieście, a na następny dzień bardziej szczegółowe zwiedzanie Lwowa i nocną podróż do Odessy. Ale jak to bywa (i z czym się jednak liczyliśmy) - życie zweryfikowało nasze zamiary: mimo listy tanich hoteli (z przewodnika i z Internetu), mimo informacji o możliwości znalezienia noclegu na dworcu (nikogo z propozycją wynajęcia kwatery prywatnej) i mimo próby znalezienia noclegu w Katedrze Łacińskiej - zostaliśmy na lodzie. Po prostu w Polsce trwa długi weekend i Lwów jest zasypany autobusami z wycieczkami z prawie całego naszego kraju. Wprawdzie siostra zakonna w Katedrze znalazła telefonicznie jakiegoś właściciela mieszkania, który mógłby zaoferować nam nocleg (bo umówieni goście nie dotarli), ale na dalekich przedmieściach - więc się nie zdecydowaliśmy licząc na to, że może znajdziemy jeszcze jakiś hotel odpowiadający naszym możliwościom finansowym. Niestety - nic z tego nie wyszło i pozostało nam tylko pójść na dworzec kolejowy i znaleźć jakieś połączenie na południe. Po drodze zjedliśmy obiad w bardzo fajnej knajpce Korzo (ok. 30 hr na osobę). Na dworcu okazało się, że mamy szczęście - o godzinie 21:44 odjeżdża pociąg do Czerniowców, a to miasto jest dogodnym miejscem, z którego można dotrzeć do Chocimia i Kamieńca Podolskiego. Wprawdzie obawialiśmy się spędzenie drugiej z rzędu nocy w pociągu, ale nie mieliśmy wyboru. Na Ukrainie obowiązują zupełnie inne przepisy, jeśli chodzi o kupno biletu kolejowego niż u nas - jest do tego niezbędny paszport, a bilet jest imienny (dlatego warto napisać na kartce swoje nazwisko cyrylicą, aby nie literować go kasjerce). Bilety okazały się śmiesznie tanie - podróż w bezprzedziałowym wagonie z szeregiem piętrowych miejsc do spania (tzw. plackarta) kosztowała 13 hr (cała noc w pociągu!). Przewodnik Pascala ostrzega przed pewnymi niedogodnościami takiej podróży: trzeba pilnować bagażu (schować go można pod dolna pryczą i wtedy jest bezpieczny), w wagonach częste są imprezki, niejednokrotnie z udziałem obsługi, bywa hałaśliwie itp. Strachy na Lachy! Spędziliśmy bardzo wygodną i spokojną noc. Wprawdzie dostaliśmy, nie wiedzieć czemu, bilety na górne łóżka, a więc początkowo mieliśmy obawy co do naszych plecaków, ale okazało się, że po sąsiedzku (dolne łóżka) jedzie para młodych ludzi (Mołdawian), którzy sami zaproponowali zmianę miejsc. Okazali się oni bardzo sympatycznymi towarzyszami podróży: wracali do domu z „tourne” po Ukrainie - on był DJ-em organizującym imprezy muzyczne, ona tancerką. Mieszaniną języków: rosyjskiego, polskiego, ukraińskiego oraz angielskiego całkiem łatwo się porozumieliśmy. Byli bardzo zainteresowani Polską, lecz, o czym przekonaliśmy się także podczas innych, późniejszych spotkań z miejscowymi, najwięcej chcieli wiedzieć na tematy „ekonomiczne”: jaki jest kurs dolara i euro w stosunku do złotówki i pośrednio hrywny, ile kosztuje benzyna, samochód, chleb, mleko, ile średnio zarabiamy, czy daleko mamy do Berlina itd. Ale nie było to jakoś specjalnie nieprzyjemne czy niegrzeczne i chętnie udzielaliśmy odpowiedzi. Obsługa wagonu przed snem roznosi pościele (na wyposażeniu jest tylko zrolowany materac i poduszka), jeśli ma się własny śpiwór to można zrezygnować z tej oferty, chociaż podobno niektórzy konduktorzy bywają uparci i twierdzą, że pościel jest obowiązkowa. Nie można dać sobie tego wmówić, po co dodatkowo dopłacać do biletu. Noc minęła nam komfortowo, niestety rano czekał nas szok związany z korzystaniem z WC. Jest to duży mankament ukraińskich kolei i chyba w ogóle Ukrainy - czyste i zadbane toalety są rzadkością (choć przecież i u nas wyprawa do WC w PKP to często duże przeżycie). Konduktor zbiera bilety na początku podróży i mniej więcej godzinę przed stacją docelową budzi pasażerów. Tak więc o godzinie 08:00 byliśmy w Czerniowcach.
01 maj 2006 - poniedziałek Kolejnym etapem naszej podróży miały być Chocim i Kamieniec Podolski. Dostać się tam można autobusem lub mikrobusem, zatem trzeba było zrobić sobie poranny spacer po Czerniowcach (dworce kolejowy i autobusowy są od siebie znacznie oddalone). Po mieście kursują trolejbusy (bilet kosztuje 0,5 hr), ale wybraliśmy wariant pieszy, żeby troszkę poznać miasto. Zrobiło ono na nas korzystne wrażenie, jest ładne i ma jak na ukraińskie warunki sporo odrestaurowanych kamienic. Mankament jest taki sam jak we wszystkich poznanych przez nas miastach tego kraju: beznadziejne ulice, pełne dziur, kolein i muld - praktycznie poruszanie się pojazdem z prędkością większą niż 25 km/h grozi poważnym uszkodzeniem samochodu. Po drodze wstąpiliśmy do jakiejś kawiarenki na kawę (miłośnicy dużych porcji mogą czuć się zawiedzeni - kawy starcza na 3 większe łyki, jest to norma, ale to my, Polacy, mamy zwyczaj pić „kawę po wiedeńsku” w dużych kubkach) i po godz. 10:00 byliśmy na dworcu autobusowym.
Fot. nr 2: Pajęczyna przewodów i kabli - Czerniowce ul. Hołowna
Okazało się, że krótko po 11:00 mamy mikrobus do Chocimia (bilet kosztuje 9 hr). Niestety, nie obyło się bez niespodzianek: po kilkunastu km jazdy nastąpiła awaria pojazdu, kierowca zwrócił za zapłacone bilety - i nie pozostało nic innego, jak spacer wzdłuż szosy do najbliższego przystanku. Po 2 km marszu doszliśmy do skrzyżowania, przy którym stała budka z napojami i słodyczami - nie omieszkaliśmy skorzystać z okazji i wypiliśmy po zimnym piwku (muszę tu stwierdzić, że ukraińskie piwa są naprawdę bardzo dobre, próbowaliśmy różnych gatunków z różnych browarów - żaden nie był zły, ogólnie niczym nie ustępują markowym piwom polskim). Ruch na szosie nie był duży, żaden z przejeżdżających kierowców nie zatrzymał się, dopiero autobus liniowy zabrał nas do Chocimia (tutaj także potwierdziło się to, co zauważyliśmy wcześniej w miastach - przystanki są kiepsko, jeśli w ogóle, oznaczone, a mikrobusy i autobusy zatrzymują się na żądanie - czyli machnięcie ręką). Także tutaj zaobserwowaliśmy rzecz, która okazała się normą nie tylko na Ukrainie, ale i w Rumunii - bardzo obojętny stosunek ludzi do psów: wszędzie, i w mieście i na wsi, przy każdej drodze i zabudowaniach kręci się ich wielka ilość (prawdopodobnie większość bezpańskich). Nie są one groźne (przynajmniej my nie zauważyliśmy żadnych objawów agresji), a raczej bardzo nieufne, strachliwe i po prostu jakieś takie smutne. Aż dziwne, że przy ulicach i szosach jest stosunkowo niewiele psich zwłok - ratuje je właśnie nieufność i ostrożność. Po dojechaniu do Chocimia trzeba było przejść ok. 2 km od głównej drogi do zamku, ale widoki wynagradzają wszelkie trudy. Początkowo nic nie zapowiada atrakcji: duży parking, za nim wyglądająca na bardzo niedawno odnowioną brama i „współczesny” mur obronny. Po przejściu na drugą stronę bramy otwiera się wspaniały widok: wśród bardzo urozmaiconego i pofałdowanego terenu, nad szerokim Dniestrem stoi zamek chocimski.
Fot. nr 3: Twierdza chocimska
Ta budowla o wysokich na kilkanaście metrów murach, do której prowadzi most nad fosą jest godna polecenia wszystkim miłośnikom historii i zabytków, zwiedzanie jej zajęło 2 godziny, ale gdyby czas pozwolił zostalibyśmy tam dłużej - dla samej kontemplacji tego miejsca. Lecz chcieliśmy w dniu dzisiejszym nocować w Kamieńcu, zatem trzeba było ruszać w dalszą drogę. Ponieważ komunikacja międzymiastowa na Ukrainie jest całkiem dobrze rozwinięta, nie musieliśmy czekać zbyt długo i ok. godz. 17:00 byliśmy w Kamieńcu (bilet autobusowy kosztował 6 hr). Według przewodnika są tutaj dwa lub trzy hotele odpowiadające naszym wymaganiom (finansowym), więc po wyjściu z dworca zapytałem jakąś babkę mieszaniną polsko - rosyjską o drogę. Za bardzo rozmowa nam nie wychodziła - i po jej pytaniu „Do you speak english?” przeszliśmy na angielski. Okazało się, że jest ona wykładowcą angielskiego w miejscowej szkole średniej. I tak oto mogłem zweryfikować moją angielszczyznę (edukację praktycznie zakończyłem w LO nr 9 w Poznaniu przeszło 30 lat temu). Ale muszę tą drogą podziękować Profesorowi „Szpilorowi” - wtedy każda lekcja z nim to był potężny stres, dzisiaj mogę docenić jego wymagania, dzięki temu coś niecoś w głowie zostało. Anglistka zaprowadziła nas do hotelu, ale jeśli chodzi o noclegi - pech nas nie opuszczał. I tutaj nie było wolnych miejsc. Recepcjonistka wskazała nam drogę do drugiego hotelu, ale na miejscu dwójka Polaków kończyła właśnie rozmowę z obsługą - tutaj też się nie prześpimy. Wspólnie ustaliliśmy, że ostatnia szansa to kościół katolicki, w którym może będą mieli jakieś oferty od miejscowej Polonii. I rzeczywiście: siostra zakonna zadzwoniła do kogoś, kto wynajmuje pokoje turystom - i udało się. Została tylko kwestia transportu - nocleg był na przedmieściach oddalonych od centrum o kilka kilometrów. Czworo Polaków (dwoje z Warszawy, dwoje z Białegostoku) pojechało swoim samochodem na miejsce opisane przez siostrę, ale umówiliśmy się, że po godzinie przyjadą po nas. Tę godzinę wykorzystaliśmy na spacer po Starym Mieście, które robi duże wrażenie. Przede wszystkim jest niesamowicie położone: otacza je rzeka Smotrycz płynąca w głębokim kanionie o stromych ścianach, a dostać się na nie można po moście zawieszonym wysoko nad rzeką.
Fot. nr 4: Kanion Smotrycza w Kamieńcu Podolskim
Nasi nowi znajomi oczywiście nie zawiedli: panie zostały u gospodyni, panowie przyjechali na umówione spotkanie - to kolejni mili ludzie poznani na naszej trasie. Dojechaliśmy do kwatery w typowym blokowisku, przy którym nasze osiedla nie wydają się najbrzydsze: tamtejsze budynki są szaro-bure, bez kwiatów na balkonach (te są najczęściej zabudowane w celu uzyskania dodatkowej powierzchni), a osiedlowa droga niczym nie różni się od dróg na podpoznańskim poligonie Biedrusko. Ale nie ma co krytykować - mamy nocleg za 10 $ od osoby. I to bardzo wygodny: własny pokój, łazienka z prysznicem, kuchnia z możliwością przyrządzenia posiłku - i bardzo miła gospodyni (Ukrainka wyznania katolickiego), która przywitała nas smaczną zupą (rosół z uszkami). Już się stęskniliśmy za pewnymi zdobyczami cywilizacji (prysznic!). A więc odświeżeni zajęliśmy się planami na następny dzień: Stare Miasto w Kamieńcu i przede wszystkim twierdza!
02 maj 2006 - wtorek Rano pojechaliśmy na Stare Miasto i nie zawiedliśmy się. Twierdza robi z zewnątrz imponujące wrażenie - dochodzi się do niej drogą będącą rodzajem grobli, po obu jej stronach widoczny jest głęboki, stromy jar. Sama forteca jest większa pod względem powierzchni od chocimskiej, ale nie ma tak wysokich murów obronnych.
Fot. nr 5: Twierdza w Kamieńcu Podolskim
Na zwiedzanie przeznaczyliśmy sporo czasu, tak więc ze spokojem mogliśmy obejrzeć wszystkie interesujące fragmenty - okazało się, że warto trochę zjechać z uczęszczanych szlaków i zobaczyć twierdzę broniącą granic dawnej Rzeczypospolitej. Krótko po południu wróciliśmy na kwaterę, zjedliśmy co nieco i po pożegnaniu z gospodynią udaliśmy się na dworzec autobusowy. W planach był dojazd do Chmielnickiego i stamtąd podróż nocnym pociągiem do Odessy. Ale tradycyjnie wygrała improwizacja: idąc wzdłuż peronów zobaczyliśmy gotowy do odjazdu autobus jadący do Winnicy (przez Chmielnicki). Ponieważ o Winnicy w przewodniku było sporo pozytywnych informacji (w przeciwieństwie do podobno nieciekawego Chmielnickiego) - zdecydowaliśmy się na zmianę planu. Kupiliśmy bilety u konduktora (26 hr) i po 10 minutach już jechaliśmy. Początkowo pasażerów nie było zbyt wielu, ale z czasem przybywało ich, tak że od Chmielnickiego zrobiło się tłoczno, a dalej było jeszcze gorzej. Na każdym przystanku konduktor wysiadał i przechodził pod tylne wejście do autobusu, gdzie słowem i czynem starał się zrobić miejsce dla kolejnych chętnych do przejazdu. Autobus robił wrażenie gumowego - chyba na żadnym przystanku nie pozostał nikt, kto chciałby jechać, argumenty konduktora trafiały do wszystkich. W trakcie tej podróży zawarliśmy ciekawą znajomość. Choć nasz widok (szczególnie duże plecaki) wzbudzał pewne zainteresowanie, to sensację w autobusie wywołała rodzina (jak się później okazało Amerykanów): starszy pan z żoną i dwoma dwudziestokilkuletnimi synami. Wszyscy mimo upału w ciemnych garniturach, pod krawatami itp. Wsiedli w Chmielnickim, wtedy jeszcze można było zdobyć miejsce siedzące, i starszy pan usiadł koło mnie. Po krótkim czasie zapytał, czy znam angielski. I chociaż rozmowa z nim była znacznie trudniejsza od tej, którą odbyłem poprzedniego dnia z anglistką w Kamieńcu (amerykański język angielski!), to dowiedziałem się, że chwilowo mieszkają w Winnicy i są w trakcie objazdu misji na terenie Ukrainy (niestety nie udało mi się zrozumieć o kościoły jakiego wyznania chodzi). Po kilku godzinach coraz bardziej męczącej podróży dotarliśmy wreszcie do Winnicy. Z dworca autobusowego marszrutką (mimo lekkich protestów kierowcy - nie podobały mu się nasze plecaki, które zajmowały miejsce mogące służyć kolejnym pasażerom) dojechaliśmy na dworzec kolejowy. Okazało się, że Winnica to całkiem „europejskie” miasto. Już sam widok dworca zrobił wrażenie: to ciekawy, niedawno odnowiony budynek, wewnątrz czysty i zadbany, wyróżniał się także pod względem pracowników - wszystkie kasjerki miały jednolite, ładne uniformy. Niestety, nie dostaliśmy biletów na nocny pociąg z miejscami leżącymi, a jedynie na „elektriczkę” (cena 16 hr). Byliśmy ciekawi, z czym to się je (kojarzyło się to z podmiejskimi kolejkami w Czechach, tylko inna odległość była do pokonania). Ponieważ mieliśmy 3 godziny do odjazdu, postanowiliśmy ruszyć na miasto i coś przekąsić. Chociaż Winnica jest dużym miastem (prawie 400 tys. mieszkańców), trzeba było zbiegu okoliczności, że znowu trafiliśmy na tą samą marszrutkę, którą jechaliśmy na dworzec. Ale tym razem kierowca uśmiechnął się i zapytał, czy wracamy na dworzec autobusowy. Gdy dowiedział się o naszym celu, poinformował nas, gdzie mamy wysiąść, żeby było blisko do jakiejś restauracji. Znaleźliśmy lokal o nazwie Tet-a-tet - i to był strzał w dziesiątkę: jak na nasze turystyczne wymagania duża elegancja i kultura oraz bardzo smaczne i stosunkowo niedrogie jedzonko (ok. 45 hr za osobę - a nie mogło się obyć bez wina - jesteśmy w końcu w Winnicy!). Po obiadokolacji wróciliśmy na dworzec, skąd o 23:40 wyjechaliśmy do Odessy. Okazało się, że całą noc spędzimy w wagonie z czterema szeregami siedzeń „lotniczych” zainstalowanych po dwa z każdej strony przejścia. Nie była to spokojna podróż: niezbyt wygodne fotele, hałas w wagonie, bez przerwy chodzący w jedną i drugą stronę pasażerowie, trzaskające drzwi od WC, włączony telewizor, na który nikt nie zwracał uwagi. Ale jakoś to przeżyliśmy i około 08:00 byliśmy na dworcu w Odessie.
03 maj 2006 - środa W planach mieliśmy nocleg w Odessie, ale będąc na dworcu postanowiliśmy sprawdzić, jak wyglądają połączenia do Kiszyniowa lub do Galasi w Rumunii. W holu dworcowym zaczepiła nas starsza pani (oczywiście w obowiązkowej chustce na głowie) i zapytała, czy nie szukamy noclegu. Zaproponowała pokój w niedawno odnowionym mieszkaniu w bloku oddalonym od dworca o 5 przystanków tramwajowych, łazienkę z ciepłą wodą i po 5 $ za łóżko. Propozycja wydała się atrakcyjna, pani (jak się przedstawiła - Marija) miała profesjonalne podejście (zaraz po naszej zgodzie zapisała wszystkie swoje dane: adres, telefon, numery linii tramwajowych jadące do niej itp.). To nas przekonało, że dokonaliśmy słusznego wyboru. Przybycie na miejsce (ul. Malinowskiego) upewniło nas w tym przekonaniu - odległość od dworca i centrum miasta nieduża, osiedle ładnie położone wśród zieleni i jednocześnie oddalone od ruchu wielkomiejskiego. Niestety nigdy chyba nie może być idealnie - nastąpiła zmiana w zachowaniu p. Mariji: już otwierając drzwi od mieszkania prosiła o ciszę (pewnie nie chciała, żeby sąsiedzie widzieli nas wchodzących do niej, prawdopodobnie chodziło o sprawy meldunkowe - i to mogliśmy jeszcze zrozumieć), ale później zrobiło się dziwniej. Poinformowała nas, w jakich godzinach jest w domu i tylko wtedy możemy wrócić, bo nie da nam kluczy. Zażyczyła sobie zapłaty z góry i - uwaga - paszportów jako gwarancji, że nic jej z domu nie wyniesiemy i nie zwiejemy. Na to oczywiście nie poszliśmy i po długich targach zgodziła się na dowody osobiste. Nie podobały jej się też dolary, choć były wydane po 2000 roku (ale wg niej mało przekonujące, bo „takie jakieś miękkie”). Obiecaliśmy dostarczyć następnego dnia inne dolary, zapłaciliśmy na razie hrywnami i pojechaliśmy zwiedzać Odessę. Miasto jest ładne, choć zgodnie z opisami w przewodniku i Internecie nie ma tam jakiś konkretnych, rzucających na kolana, zabytków. Ale klimat miasta jest naprawdę fajny i jak ktoś ma okazję - to warto je zobaczyć. Oczywiście kroki swoje skierowaliśmy na schody odeskie znane z kina („Pancernik Potiomkin”, „Deja Vu”...), potem poszliśmy na wybrzeże w pobliże dworca morskiego i imponującego hotelu Odessa, byliśmy też koło pięknej opery dysponującej podobno jedną z najlepszych akustyk w Europie.
Fot. nr 5: Opera w Odessie
Zjedliśmy obiad (restauracja Sofijska - 30 hr za osobę) i postanowiliśmy się odświeżyć, a później pojechać na plażę Arkadia. Spotkała nas jednak przykra niespodzianka: drzwi od mieszkania zamknięte, a w nich kartka „zaraz wracam”. Zaraz trwało co najmniej 45 min. - p. Marija jakby nigdy nic z uśmiechem otworzyła mieszkanie i oznajmiła, że są jakieś problemy z ciepła wodą i prysznic na razie nie wchodzi w rachubę (podejrzewam, że sama tą wodę wyłączyła w celu zaoszczędzenia). Musieliśmy się z tym pogodzić, ale na Arkadię zrobiło się już za późno, wieczór spędziliśmy więc w domu przy piwie. Zapłaciłem też wymienionymi w kantorze dolarami - te p. Marija przyjęła bez zastrzeżeń. Umówiliśmy się też co do następnego dnia: chcieliśmy opuścić mieszkanie ok. 09:00, żeby zdążyć kupić bilety na pociąg do Kiszyniowa, ale znowu pojawiły się problemy. Właścicielka mieszkania jechała rano na dworzec w celu znalezienia kolejnych chętnych na nocleg, a mieszkanie zamykała od zewnątrz na klucz (parter, a w oknach kraty - co robić w razie np. pożaru?). Po targach obiecała, że będzie w domu przed 09:00. I słowa dotrzymała: zjawiła się ok. 07:30 z parą turystów, żeby pokazać im mieszkanie - i przy okazji nas obudziła. Ci od razu zorientowali się, że gospodyni co najmniej dziwnie traktuje swych gości i zrezygnowali. My zaś mieliśmy czas na spokojne przyrządzenie i zjedzenie śniadania i dojazd na dworzec.
04 maj 2006 - czwartek Na dworcu kolejne zaskoczenie: mimo, że w rozkładzie jazdy jest przedpołudniowy pociąg do Kiszyniowa - w informacji nie potwierdzili tych danych. A zatem znowu zmiana planu. Zdecydowaliśmy się na jazdę autobusem do granicy z Mołdawią lub Rumunią. Spod dworca kolejowego prywatnym samochodem za 10 hr dojechaliśmy na dworzec autobusowy. Szczęście nam dopisało - o 11:30 mieliśmy autobus go Bolhradu - miasta na granicy ukraińsko - mołdawskiej (bilet 21 hr). Podróż przebiegła bez zakłóceń - jechaliśmy w pobliżu delty Dniestru przez jednostajne i mało urozmaicone tereny. Ciekawą rzecz zaobserwowaliśmy przejeżdżając przez tamtejsze wioski: na murach i ścianach często pojawiały się symbole partii komunistycznej i napisy typu „NATO - nie”. Dotyczy to także innych rejonów Ukrainy, które zwiedziliśmy, częściej wsi, rzadziej miast. Po południu przyjechaliśmy do Bolhradu, małego miasta przygranicznego, zapewne żyjącego z bliskości granicy. Przekonaliśmy się o tym osobiście, gdy okazało się, że w najbliższym czasie nie ma autobusu do Mołdawii, a jedyną możliwością jest jazda taksówką. Taksówkarze już po naszym wyjściu z autobusu oferowali swe usługi, a gdy okazało się jak wygląda komunikacja publiczna- musieliśmy do nich wrócić. Proponowali dowiezienie do Vulcanesti (małego miasta praktycznie kilka km za granicą) za 10 $ lub do Cahul (ok. 40 km - już przy granicy rumuńskiej) za 30 $. Zdecydowaliśmy się na ten drugi wariant i po 10 min. byliśmy na granicy. Odprawa po stronie ukraińskiej była bardzo szczegółowa, łącznie ze sprawdzeniem ilości posiadanej waluty i przejrzeniem plecaków. Ale oprócz nas nie było innych podróżnych, więc to może z nudów tak nas przeryli. Mołdawianie podeszli do sprawy swobodniej i już po chwili podróżowaliśmy po tym nowym dla nas kraju. Wrażenie było niesamowite: wprawdzie po lekturze książki Andrzeja Stasiuka „Jadąc do Babadag” z grubsza wiedzieliśmy, co możemy zobaczyć, ale rzeczywistość nas i tak zaskoczyła. Mołdawskie wioski są biedne, szosy między nimi praktycznie puste, poza wózkami ciągniętymi przez osiołki, za to nie brakuje symboli komunistycznych (nie wiadomo czy z sympatii, czy też nie ma kto ich usunąć). Wokół zaś rozciągają się winnice. I wino (oraz inne mocne alkohole) są właściwie głównym źródłem dochodów Mołdawii. Z okien samochodu wygląda, jakby czas się tam zatrzymał, a ludzie żyją w innym niż my tempie. Dojechaliśmy do Cahul (po drodze udało mi się utargować parę dolarów za jazdę - zresztą taksówkarz okazał się sympatycznym człowiekiem, z którym tradycyjną mieszaniną polsko - ukraińsko - rosyjską trochę pogawędziliśmy). Mimo, że język mołdawski jest blisko spokrewniony z rumuńskim, chyba wszyscy Mołdawianie rozmawiają (przynajmniej z obcokrajowcami) po rosyjsku. Znów zawiodła komunikacja publiczna - nie było w najbliższym czasie żadnego autobusu do Rumunii. Ale miejscowi bardzo chętnie udzielili informacji, jak dotrzeć do granicy rumuńskiej. Przy okazji za kupione od taksówkarza mołdawskie leje kupiliśmy w celu porównania jakości tamtejsze piwo. Było bardzo tanie (w przeliczeniu około 1 zł za półlitrową butelkę, ale jakościowo nie umywało się do ukraińskich). Natomiast ludzie okazali się nadzwyczaj uczynni: kierowca mikrobusu bez żadnej opłaty podwiózł nas do drogi prowadzącej do granicy (z miasta jest do niej ok. 6 km), ktoś inny bez pytania wskazał postój taksówek, żeby do granicy dojechać. Mamy zatem miłe wspomnienia z krótkiej wizyty w tym kraju. Taksówką za 4 $ dojechaliśmy do granicy, wysiedliśmy i udaliśmy się do budynku straży granicznej, taksówkarz zaś zawrócił i odjechał. I wtedy okazało się, że przejście graniczne jest tylko dla pojazdów, pieszych nie przepuszczają. Mimo, że przed wyjazdem sporo siedziałem w Internecie, tej informacji nigdzie nie znalazłem. A więc zostaliśmy na lodzie - do Cahul 6 km, a i tak nie ma żadnej gwarancji, że jeszcze dziś złapiemy coś do Galasi w Rumunii (lub do jakiegokolwiek innego miasta). I wtedy pojawił się facet oferujący nam przekroczenie granicy za 25 $ (miał w pobliżu samochód i nim mógł nas przewieźć). Był całkowicie odporny na próby targowania się - jako monopolista trzymał nas w garści. Cóż było robić, musieliśmy ustąpić. Bez żadnych problemów przekroczyliśmy granicę, choć nie udało nam się wymienić euro na leje, co potem miało pewne negatywne skutki. Ale byliśmy wreszcie w Rumunii i wydawało nam się, że teraz wszelkie problemy komunikacyjne mamy za sobą. Nawet nie zniechęciło nas to, że w pobliżu granicy (miasteczko Oancea) nie było przystanku autobusowego. Po kilkuminutowym marszu wzdłuż szosy udało nam się zatrzymać ciężarówkę do Galasi (55 km). Kierowca nie znał żadnego języka obcego, my oczywiście nie znaliśmy rumuńskiego, więc rozmowa zakończyła się na poinformowaniu, że nie jedziemy nad morze (kierowca: Mare? Constanta?, ja: nein, muntii, Brasov). Atrakcją podróży była kaseta, której słuchał kierowca: fajne połączenie elementów muzyki bałkańskiej z jakimiś akcentami tureckimi. Przed godz. 20:00 byliśmy na przedmieściach Galasi (dałem kierowcy 5 $) i pieszo ruszyliśmy ku dworcowi (plan miasta wydrukowany z Internetu), skąd planowaliśmy udać się w kierunku Brasova (najchętniej spędzilibyśmy całą noc w pociągu). Na dworcu byliśmy już po odjeździe ostatniego pociągu: tak bywa chyba we wszystkich miastach przygranicznych nie będących dużymi węzłami kolejowymi, że nocą żadne pociągi z nich nie wyjeżdżają. Najbliższy pociąg mamy rano ok. 05:30 do Ploiesti. Przeczekamy, gorzej, że nie mamy lei, żeby kupić bilety. Przed dworcem stały jakieś taksówki, pomyślałem, że może u taksówkarzy dokonam niewielkiej wymiany. Podszedłem do trójki facetów palących papierosy przed budynkiem i zapytałem, czy znają angielski. Okazało się, że byli to Rosjanie pracujący w Rumunii i planujący podobnie jak my podróż na następny dzień do Ploiesti. Znowu dzięki dialektowi polsko - rosyjskiemu dowiedziałem się, że nie mają lei na wymianę, ale podali mi orientacyjny kurs dolarów i euro w stosunku do lei i zaproponowali, że przetłumaczą taksówkarzowi, żeby zawiózł mnie do hotelu, gdzie jest całodobowy kantor. Zgodziłem się, gdy taksówkarz zaproponował za kurs do hotelu i z powrotem 10 nowych lei. W trakcie jazdy przez miasto (kierowca coś dziwnie kluczył) doszliśmy do wniosku, że nocny pobyt na prawie całkowicie opuszczonym dworcu (kasjerka, Rosjanie, choć sprawiający sympatyczne wrażenie nie do końca budzili zaufanie oraz sprzedawca w całodobowym kiosku to wszyscy tam przebywający) nie jest całkowicie bezpieczny. Dojechaliśmy do hotelu, wymieniłem 100 $ na 260 lei - później okazało się, że nocne kantory w hotelach mają mniej korzystny kurs) i poprosiłem pracującego tam chłopaka mówiącego dobrze po angielsku, aby wytłumaczył kierowcy, że chcemy jechać do jakiejś kafejki internetowej lub innego spokojnego lokalu działającego całą noc. Taksówkarz wysadził na przy barze szybkiej obsługi 24 h i oczywiście zażyczył sobie zapłaty wg licznika (czyli ok. 5 lei więcej, niż się umówiliśmy na dworcu). Musiałem się zgodzić - wszelka dyskusja była bezowocna. Zdecydowaliśmy się na taką formę „noclegu”, gdyż nie miało sensu zostawać na te kilka godzin w hotelu. W barze pracowały dwie dziewczyny, z których jedna znała angielski. Było nam głupio otwarcie drzemać na krzesełkach, więc średnio co półtora godziny zamawialiśmy coś taniego i ciepłego. Dziewczyny okazały się sympatyczne i wyrozumiałe - nie miały nic przeciwko naszemu całonocnemu pobytowi, może nawet byliśmy dla nich jakąś gwarancją bezpieczeństwa (zresztą noc była spokojna, w sumie lokal odwiedziło może sześciu klientów). Jedynym problemem, jaki się pojawił - to prawie całkowita utrata mojego głosu. Początkowo chrypiałem, potem prawie w ogóle nie mogłem mówić (trwało to jeszcze przez trzy dni, kiedy nastąpiła poprawa). Do dziś nie mam pojęcia, co było przyczyną tej niedyspozycji. I tak dotrwaliśmy do 04:45, kiedy zdecydowaliśmy się na marsz w kierunku dworca.
05 maj 2006 - piątek Bilety kolejowe w Rumunii są zdecydowanie droższe niż na Ukrainie (ceny są porównywalne z polskimi). Poza tym do każdego biletu obowiązkowy jest zakup miejscówki, co wprawdzie nieco podnosi cenę, ale gwarantuje miejsce siedzące. Tak więc zakupiliśmy bilety do Ploiesti, tam mieliśmy mniej więcej godzinę czasu do przyjazdu pociągu w kierunku Brasova (cena biletów z Galasi do Brasova ok. 43 lei razem z miejscówką). Warto podróż na odcinku Ploiesti - Brasov spędzić przy oknie - pojawiają się rewelacyjne górskie panoramy. Po godzinie 12:00 byliśmy na dworcu w Brasovie (zresztą wyjątkowo nieciekawym). Od razu podszedł do nas Rumun, który bardzo dobrą angielszczyzną zaoferował nam pokój za 10 euro od osoby. Nie mieliśmy specjalnej ochoty na rozglądanie się za innymi propozycjami, zresztą w pobliżu nie było nikogo oferującego nocleg, więc zgodziliśmy się. Pan Radu zawiózł nas do siebie, okazało się, że jest właścicielem dużego mieszkania w bliskiej odległości od centrum Brasova (do dyspozycji gości była kuchnia, łazienka, dwa pokoje - w czasie naszej obecności drugi był pusty). Mieszkanie było trochę zaniedbane, w kuchni np. przez cały czas naszego pobytu zlewozmywak był pełen brudnych naczyń, ale ogólnie było nienajgorzej. Skorzystaliśmy natychmiast z prysznica, z p. Radu umówiliśmy się na godzinę 13:00 - zdecydowaliśmy się na zwiedzanie przy pomocy jego środka transportu zamków Bran i Rasnov (w sumie ok. 70 km wycieczka za 15 euro). To sporo, ale przyjęliśmy tę propozycję, choć podróż komunikacją publiczną byłaby tańsza - przeważyło zmęczenie nieprzespaną nocą i trochę lenistwo. W trakcie rozmowy w samochodzie okazało się, że nasz gospodarz jest nie tylko profesjonalistą, jeśli chodzi o usługi turystyczne, ale także niezłym obieżyświatem: corocznie spędza po kilka miesięcy w USA (teraz nie dziwiła znajomość angielskiego), oprócz tego regularnie odwiedza znajomych w Pradze. Tak więc pojechaliśmy do siedziby Draculi (tak przynajmniej mówi legenda - wg faktów historycznych ta przerażająca postać przebywała w Branie bardzo krótko). Ale odpowiednia reklama robi swoje: wokół zamku jest zatrzęsienie straganów oferujących wszystko, co choć trochę nawiązuje do Draculi, począwszy od koszulek z jego podobizną, poprzez kubki, długopisy aż do widokówek. Dużo w tym tandety, ale nas bardziej interesował zamek.
Fot. nr 6: Zamek Bran
Budowla robi imponujące wrażenie: jest położona na wzniesieniu i z daleka widoczna, a po wejściu na dziedziniec zaskakuje wielością stylów, zakamarków, galeryjek itp. Wnętrza też są warte obejrzenia - kto lubi takie lekko mroczne klimaty będąc w pobliżu powinien poświęcić trochę czasu i lei na pobyt tutaj (p. Radu wykorzystując swoje znajomości załatwił nam 2 bilety studenckie po 5 lei, choć ja zdecydowanie wiek studencki mam za sobą). W drodze powrotnej zwiedziliśmy zamek w Rasnovie - to tzw. zamek chłopski, czyli opuszczony przez właściciela i zajęty przez miejscowe chłopstwo - krótko mówiąc ufortyfikowana wieś. Podobno jest to fenomen spotykany tylko w Rumunii, w każdym bądź razie z pewnością wart obejrzenia (bilet 9 lei). Po godzinie 18:00 byliśmy z powrotem w Brasovie i zdecydowaliśmy się na spacer po starówce. Miasto jest ładne, choć chyba na wyrost porównywane z Krakowem, charakterystycznymi jego elementami są widoczny z daleka Czarny Kościół (najdalej na wschód Europy wysunięta katedra katolicka) oraz nazwa miasta w hollywoodzkim stylu utworzona z wielkich liter na wzgórzu. Zjedliśmy smaczny i stosunkowo niedrogi posiłek w restauracji Gustari na Rynku (po 15 lei) i po 20:00 byliśmy na kwaterze. Jeszcze tylko po piwku (oczywiście w celu porównania z wypitymi poprzednio) i spać! Jak się później okazało, był to nasz trzeci i ostatni nocleg w łóżkach w czasie tego wyjazdu.
06 maj 2006 - sobota Przed nami kolejna atrakcja: Sighisoara. Powszechnie chwalona za klimat i zabytki absolutnie nas nie zawiodła. Porannym pociągiem z Brasova (bilet 23,5 lei) dotarliśmy tam o godz. 10:42. Już z daleka widoczne jest Stare Miasto rozłożone na wzgórzu. Spacer wąskimi uliczkami, widok z wieży zegarowej (wstęp 4 lei), dom, w którym urodził się Dracula, mury obronne z licznymi basztami - to trzeba koniecznie zobaczyć!
Fot. nr 7: Sighisoara - widok z wieży zegarowej
Aż żal było opuszczać to śliczne miasteczko. Wróciliśmy do Brasova pociągiem osobowym (a więc trochę tańszym - 18,7 lei) ok. godz. 16:00 i po krótkim spacerze połączonym z zakupami na nocną podróż wróciliśmy do naszej kwatery. Tam, w sąsiadującym z naszym pokoju zastaliśmy parę młodych ludzi: Japonkę i Irlandczyka zwiedzających podobnie jak my Europę Południowo - Wschodnią. Nie było zaskoczeniem, że okazali się bardzo sympatyczni, porozmawialiśmy o tym, co widzieliśmy i o planach na najbliższe dni. Jednak czas nas gonił; wprawdzie p. Radu wyraził zgodę, żeby po południu posiedzieć w pokoju, ale nie chcieliśmy nadużywać jego gościnności. Pociąg do Suceavy mieliśmy o godz. 23:09 (bilety po 37,1 lei kupiliśmy w czasie oczekiwania na pociąg do Sighisoary), tak więc po wypiciu herbatki udaliśmy się na dworzec. Byliśmy tam po godz. 20:00 i czekanie na pociąg połączone było z pewną nerwowością: jak tylko zajęliśmy miejsca w krzesełkach stojących w holu na piętrze dworca, podszedł do nas policjant i bardzo zdecydowanie ostrzegł przed niebezpieczeństwem utraty naszych rzeczy - radził nie tylko nie oddalać się od plecaków, ale trzymać je cały czas przy sobie, bo plagą są bezczelni i zuchwali złodzieje. Nie poprawiło nam to samopoczucia, ale szczęśliwie obeszło się bez żadnego incydentu. 20 minut przed odjazdem pociągu zajęliśmy miejsca w naszym przedziale: sąsiadami okazała się para Polaków z Chełma wracająca z Rumunii przez Lwów do domu oraz trzy starsze Rumunki. Całonocna podróż nie zapowiadała się rewelacyjnie: nie dość, że było dosyć ciasno, to obsługa pociągu włączyła na maksa ogrzewanie. W tak gorącym przedziale nie jechałem nawet w czasie srogiej zimy - przedział nasz był pierwszym w wagonie i chyba sąsiadował z urządzeniami grzewczymi, bo nawet dotknięcie oparcia na wysokości nerek było prawie niemożliwe. Polacy poszukali innego wolnego przedziału, zrobiło się więc trochę miejsca i jakoś do rana przedrzemaliśmy.
07 maj 2006 - niedziela Na miejscu przyjechaliśmy ok. godz. 07:14 i za radą jadących tą trasą w zeszłym roku nowych znajomych z pociągu poszliśmy ma placyk, z którego samochodem można dojechać do Czerniowców (cena za 1 osobę 10 $). Oprócz naszej czwórki był też przewożony w bagażniku towar - bez specjalnego skrępowania kierowca zatrzymał się przed jednym z domków na przedmieściach i wniósł do samochodu kanistry z benzyną i inne przedmioty, które później zamierzał sprzedać na Ukrainie. To podobno zwykły proceder i nikt się temu nie dziwi (łącznie z celnikami). Granicę pokonaliśmy błyskawicznie beż żadnych problemów i o godz. 11:00 byliśmy na dworcu autobusowym w Czerniowcach. Jeszcze tylko dojazd trolejbusem do dworca kolejowego - i do Lwowa! Ale spotkało nas rozczarowanie - najbliższy pociąg do Lwowa jedzie w nocy, połączeń z przesiadkami też nie było, zatem przyszło nam czekać cały dzień w Czerniowcach. Pogoda się popsuła, zaczęło padać, co skutecznie zniechęciło do spaceru i zwiedzania nie poznanej wcześniej części miasta. W poczekalni mieliśmy czas lekturę i przyglądanie się specyfice tego miejsca: do czekających podróżnych co chwilę podchodzili ludzie z jakimiś ulotkami i pisemkami religijnymi - trwały ciągłe próby nawrócenia na „właściwą” wiarę. Mimo, że nawracający byli różnych wyznań, nie miały miejsca żadne nieporozumienia czy sprzeczki, wszyscy traktowali się z szacunkiem i wyrozumiałością. Zjedliśmy obiad w dworcowej restauracji (trzeba było zobaczyć zdziwienie kelnera, gdy do obiadu nie zamówiliśmy wódki!) i dzięki poprawie pogody poszliśmy na spacer po mieście. Naszym głównym celem była kafejka internetowa (jej adres znaleźliśmy w przewodniku Pascala). Dane okazały się aktualne, mogliśmy zatem sprawdzić godziny odjazdu pociągu z Przemyśla do Poznania. Wyszło słoneczko, po dusznej atmosferze poczekalni mogliśmy odetchnąć pełną piersią podczas spaceru po bardzo ładnej części Czerniowców. Wróciliśmy na dworzec i wreszcie przyszedł czas odjazdu. Podróż odbyła się w takich samych warunkach, jak tydzień temu w drugą stronę. I znowu spokojna noc w łóżku za 13 hr. od osoby. Po godz. 08:00 jesteśmy we Lwowie.
08 maj 2006 - poniedziałek Wiedząc, że pociąg z Przemyśla mamy o godz. 17:50, i że dojazd do granicy nie powinien sprawić kłopotów, postanowiliśmy udać się na Cmentarz Łyczakowski. Odwiedziliśmy Cmentarz Orląt i pospacerowaliśmy bocznymi alejkami schodząc z przetartych ścieżek. Poczuliśmy historyczną atmosferę cmentarza i chyba żadnego turysty nie trzeba namawiać do zobaczenia tej nekropolii.
Fot. nr 8: Cmentarz Łyczakowski
Spacerem wróciliśmy na dworzec kolejowy, sprzed którego odjechaliśmy marszrutką do granicy ukraińsko - polskiej. I nasze nadzieje na szybkie i bezbolesne przejście granicy natychmiast się rozwiały: tłumy ludzi „szturmowały” siedzibę celników. Zdecydowanie nie mieliśmy ochoty na kilkugodzinne stanie na słońcu połączone z przepychaniem się w kierunku miejsca odprawy. Przecież nie ma szans na to, żeby zdążyć na popołudniowy pociąg do Poznania, trzeba będzie załatwić sobie hotel w Przemyślu. Z kłopotu (i 60 zł) uwolnił nas Ukrainiec proponując nam przejazd przez granicę podstawionym przez niego samochodem (gwarantował, że potrwa to do dwóch godzin). Chyba nie mam specjalnych talentów do targowania się, bo nic z ceny nie opuścił. Ale trudno - lepiej zapłacić te 60 zł niż tracić cały dzień i pieniądze na hotel. Zdecydowaliśmy się. Przejazd trwał nie 2, lecz prawie 3 godziny, ale samochód był większość czasu w cieniu, była też możliwość zdrzemnięcia się lub poczytania, czego stanie w kolejce nie zapewniało. Wreszcie o godzinie 15:00 stajemy znowu na polskiej ziemi. Wsiadamy do busika i po 15 minutach jesteśmy na dworcu w Przemyślu. Mamy jeszcze czas na spacer po Starym Mieście, wejście na wzgórze zamkowe i obiad w miłej knajpce. Punktualnie o godz. 17:50 nasz pociąg wyjeżdża w kierunku Poznania. Podróż bez żadnych przygód trwa całą noc, ok. 06:00 jesteśmy na miejscu.
Małe podsumowanie: Przejechaliśmy w sumie (różnymi środkami lokomocji) ok. 4500 km. Granicę przekraczaliśmy 5-ciokrotnie, problemy były na przejściu polsko - ukraińskim i ukraińsko - polskim oraz mołdawsko - rumuńskim. Jeśli chodzi o środki komunikacji, godne polecenia są koleje ukraińskie (nie można też specjalnie narzekać na koleje rumuńskie) oraz komunikacja marszrutkami, natomiast gorzej z autobusami. Jedzenie (i picie) niezłe i tanie na Ukrainie, w Rumunii ceny porównywalne do naszych, jakość także. Cała wyprawa kosztowała nas w sumie po ok. 650 zł na osobę, czyli raczej niewiele biorąc pod uwagę ilość ciekawych przeżyć i oglądanych miejsc.
|
||||||||
























Bądź pierwszym który skomentuje




