Wyjazd
– piątek 21 lipca 2006 r. Jestem umówiony z Natalią i Wiciem na Lodowej o 22.30,
razem mamy podjechać po Sylwię na Jarochowskiego. Nat przyjeżdża pierwsza, jest
roześmiana, pełna entuzjazmu, śpiewająca. W wojskowych spodniach, które dostała od
nas na urodziny wygląda jak rasowy tramp. Uwielbiam ją w tym momencie, mało
jest ludzi, którzy umieją się tak pięknie cieszyć, od jej radości aż chce się tańczyć. Jedziemy!
Wyciągam z piwnicy oba
rowery (damka mojej mamy i nieśmiertelny Kołaszewski), dopompowuję koła, sprawdzam łańcuchy. Wicia nie ma, ruszamy, chcemy jeszcze zrobić zakupy - kilka piwek, baterie do pendrive’a i naszych rowerowych lampek, Nestea.
Po chwili pod sklep podjeżdża Wiciu – tak samo rozradowany, na maksymalnie
obciążonej starej kozie i w kasku ze świecącą czołówką. No i z klasycznym bananem od ucha do ucha. Jego bagaż jest większy niż nasz i musi taki być –
Nat i ja wracamy już w poniedziałek rano, a dla Wicia i Sylwii wyjazd będzie trwać
aż do przyszłej niedzieli, prosto znad morza jadą pociągiem na Mazury, do
Rucianego-Nidy, i stamtąd dalej, znowu rowerami, na północ, do Giżycka. Tam
mamy się w czwartek spotkać.
Koło
23.00 startujemy spod Lewiatana. Natalia na pierwszych 20 metrach dwa razy się
przewraca, ale potem już jakoś jej idzie. Nie zraża się w każdym razie. Pod blokiem Sylwii pierwsze zdjęcia.
Sylwia jest chyba trochę stremowana perspektywą rowerowego wyjazdu z nami, ale
po doświadczeniach z Babińca trudno się jej dziwić – wie już, że jesteśmy z
Wiciem zdolni do wszystkiego. Choć z drugiej strony teraz jest względna
równowaga, Nat i Sylwia kontra nas dwóch. Zresztą potem okaże się, że
pedałująca Sylwia jest w swoim żywiole – jej uśmiech na trasie między
Węgorzewem a Gołdapią przejdzie do historii. Ale to dopiero za kilka dni, póki
co zmierzamy przez nocne miasto w stronę dworca PKP, mimo wszystko z wiarą w
następny zakręt drogi, co znów okaże się nie ten... Taki imperatyw.
Od
początków planowania tego wyjazdu mamy nadzieję, że uda się nam jakoś wcisnąć
do wagonu bagażowego, razem z naszymi rowerami. Ja raczej nie wierzę, ale
postanawiamy spróbować – na peronie rozdzielamy się na dwie ekipy, jedna ma szturmować
normalne przedziały, a druga wagon rowerowy. Kiedy przyjeżdża pociąg okazuje
się, że spanie przy rowerach nie jest żadnym problemem. Rozkładamy w kąciku
nasze karimatki, otwieramy piwka, rozluźniamy się, zaczynamy rozmawiać. W głogowskiej
nomenklaturze Nat to się nazywa chilout. Zasypiamy koło 3.00.
Cdn.