Natalia, Adam, Emilka i Kajtek Mińscy – Nasze duże i małe podróże

Burkina Faso, Bobo Dioulasso (marzec 2012)

Miejsca: Bobo Dioulasso
Skład: Natalka i Adam

01.jpg

Jesteśmy w Bobo. Jak fajnie być w miejscu o tak fajnej nazwie! Miasto nazywa się Bobo Dioulasso, ale nawet miejscowi mówią skrótem.To drugie, tuż po stolicy, największe miasto Burkina Faso, miłe i przyjazne miejsce. Ma w sobie uroczą kameralność, albo jak kto woli afrykańską małomiasteczkowość i swojskość w postaci kóz i osiołków pałętających się po ulicach, czy też w postaci asfaltu tylko na strategicznych, dużych ulicach, gdyż pozostałe uliczki toną w pomarańczowym szutrze.

Główna atrakcja – wielki meczet – zachwycił nas szalenie. Przyjechaliśmy w najlepszym, niskim słońcu i Adam po prostu zwariował z aparatem, zrobił dziesiątki zdjęć!

Następnego dnia wniknęliśmy nieco bardziej w miasto i przyjrzeliśmy się wszystkiemu od środka, odwiedziliśmy „stare miasto” i poszliśmy na wielkie miejskie targowisko.

„Stare miasto” to oczywiście nie żadne zabudowane centrum, a dzielnica, która na pierwszy rzut przypomina ruiny, w których normalnie żyją ludzie, wiodąc swój codzienny, często bardzo ciężki żywot. Największą atrakcją dla nas jak zawsze były dzieci, które z radością pozowały nam do zdjęć, uśmiechały się i przyjaźnie zaczepiały.

„Grand Marche” to z kolei ogromny labirynt straganów, na których znajdują się wszystkie rzeczy tego świata – miejsce niesłychanie kolorowe, gwarne, ale i bardzo męczące.

Na zakończenie dnia zjedliśmy kolacje w gar-kuchni. Podeszliśmy do pani, która miała wózek, a na nim wielkie garnki z rożnym jedzeniem. Wskazaliśmy palcem co chcemy i dostaliśmy ogromną porcje ryżu, kus-kusu i jeszcze jakiejś fasoli, polaną tłuszczem i pikantnym sosem. Jedzenie może nie prezentowało się najwspanialej, ale było bardzo dobre i kosztowało tylko 3 zł! A najedliśmy się oboje!

Tak właśnie wyglądała nasza przygoda z Bobo.

02.jpg

03.JPG

04.JPG

04a.jpg

05.JPG
Zwiedzamy miasto – nasz przewodnik ćwiczy swój angielski, a my swój francuski. Czyli generalnie dużo się do siebie uśmiechamy.

06.JPG
Jeden ze sklepów z rękodziełem, bodajże w dzielnicy animistów.

06a.JPG
A tu się waży takie domowe piwo – na tym etapie jest kwaśne i intensywnie bąbelkuje

07.jpg
Tutejsze miasta pulsują – wszystko jest żywe i kolorowe

08.JPG
Wszyscy chcą nam coś sprzedać. Gość w białej koszulce nawet mówi trochę po angielsku i chce, żeby go nazywać „Prince”. To  druga co do popularności ksywka tutejszych sprzedawców i przewodników. Pierwszy na liście jest „Boss”.

09.JPG
Świeczniczki z brązu – malutkie i fajne. Ale drogie. Tutejsi nie targują się jak w Maroko, do upadłego. Jeżeli nasza propozycja jest zbyt niska, odpuszczają. Może to i dobrze, bo dzięki temu mamy pewność, że rzeczy które ewentualnie kupujemy, naprawdę mają jakąś wartość. Chociaż w sumie wartość takich pamiątek liczy się chyba według tego, na ile nam się podobają i na ile chcemy je mieć. A może to właśnie ich cena od tego zależy? Nie wiadomo. I tyle takich pamiątkowych refleksji.

10.JPG
Szukając czapeczki życia – wciąż, i wciąż, i wciąż. To jeszcze nie ta…

12.jpg

14.JPG

14a.jpg

15.JPG
Przepierka w płynącej przez Bobo rzece. Gdzieś między tym wszystkim pływają święte ryby – wyglądają jak ogromne sumy i jeżeli ktoś ma problem, a jest animistą, to rzuca im kurczaka i ponoć problem z głowy. W ogóle tutaj wszystko jest proste – jest problem, zabijamy kurę.

16.JPG

17.JPG
A to już Grand Marche, o którym pisała Natalka. Wędrujemy za naszym przewodnikiem. Jego obecność naprawdę dużo ułatwia, nawet jeżeli trudno się dogadać. Jest bardzo uczynny, tłumaczy nam co jest czym (nie jest tak, że nie rozumiemy zupełnie nic), pokazuje różne ciekawostki, ułatwia robienie zdjęć. Pozytywność.

18.JPG

19.JPG

20.JPG

21.JPG

22.JPG

23.JPG

24.JPG

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.